Mędrcy

  • Aleksander Krawczuk
opublikowano: 25-09-2009, 00:00

Odeszli w tym samym dniu lipca i w tym samym roku życia, osiemdziesiątym drugim. Jeden mieszkał i działał od wielu lat w Atenach angielskich, czyli w Oksfordzie, drugi w polskich, a więc w Krakowie

Jeden był profesorem, uczonym sławy światowej, autorem wielu świetnych książek z zakresu filozofii. Drugi przez całe życie publikował felietony w miejscowym dzienniku, choć o zasięgu krajowym; był znany i ceniony głównie w swym środowisku lokalnym. Niewiele podróżował, niechętnie opuszczał granice kraju, jak mawiał, ojczystego, Galicji. A urodził się w pięknym uzdrowisku górskim, Iwoniczu.

Z tamtym wielkim filozofem zetknąłem się osobiście co najwyżej dwa razy. Redaktora natomiast spotykałem okazjonalnie przez lat kilkadziesiąt, a od kilku niemal codziennie, pilnie bowiem uczestniczył w dyskusjach przy naszym kawiarnianym stoliku. Ten pierwszy to Leszek Kołakowski, drugi zaś to Bruno Miecugow.

 

Leszkowi Kołakowskiemu i jego dziełom poświęcono wiele artykułów, omówień, wspomnień. Każdą jego książkę witano jako wydarzenie. Szerszym kręgom stał się znany dzięki swym znakomitym pogadankom telewizyjnym. Zresztą, przyciągały czytelników same tytuły jego esejów. Jak choćby tej ostatniej, wydanej już pośmiertnie książki: "Czy Pan Bóg jest szczęśliwy?" Pytanie zaskakuje, zmusza do myślenia, zachęca do lektury. Choć muszę przyznać, że osobiście najbardziej cenię dawniejsze rzeczy Kołakowskiego. A więc "Jednostka i nieskończoność: Wolność i antynomie wolności w filozofii Spinozy" lub "Świadomość religijna i więź kościelna" (o chrześcijaństwie bezwyznaniowym w wieku XVII) i wreszcie zbiór rozpraw "Kultura i fetysze". A późniejsza ewolucja poglądów Kołakowskiego wydaje mi się zastanawiająco trudna do zrozumienia. Znakomicie omawia tę sprawę profesor Helena Eilstein.

 

Jest rzeczą ważną i znamienną, że profesor chciał dzielić się swymi przemyśleniami zarówno nad zagadnieniami filozofii, jak i wydarzeniami współczesnymi w sposób możliwie przystępny. Szedł pod tym względem w ślady zarówno Bertranda Russella — choć na pewno nie podzielał wielu jego poglądów — jak i Władysława Tatarkiewicza. Z tym ostatnim widywałem się we wczesnych latach pięćdziesiątych niemal codziennie. Byłem młodym asystentem w Zakładzie Historii Starożytnej, on zaś pracował w sąsiedniej czytelni Filologii Klasycznej. Odsunięty od zajęć dydaktycznych — przy zachowaniu wynagrodzenia i stanowiska — pisał książkę o estetyce starożytnej. Odnosiłem się do sławnego profesora wręcz z uwielbieniem, jakbym miał przed sobą zmartwychwstałego Platona. Zauważył to i kiedyś upomniał mnie życzliwie: "Nie jestem twórcą żadnego nowego systemu. Po prostu sprawia mi satysfakcję, jeśli uda się przedstawić zagadnienie trudne i skomplikowane w sposób możliwie przystępny".

Oto słowa i postawa mędrca. Z całą pewnością podzielał je i Leszek Kołakowski. O czym najlepiej świadczą właśnie jego książki, wywiady, pogadanki telewizyjne.

 

Lecz i Bruno Miecugow, skromny redaktor regionalnego dziennika, był, moim zdaniem, prawdziwym mędrcem. I to typu Sokratesa. Oczywiście tego prawdziwego, a nie wielkiego myśliciela, jak przedstawia go Platon. Prawdziwy bowiem Sokrates — z zawodu kamieniarz! — interesował się głównie sprawami bieżącej polityki. Rozprawiał o nich na agorze, czyli na rynku, i w gimnazjonach, gdzie kształciła się młodzież. Szczególną przyjemność sprawiało mu wykazywanie politykom, że walcząc o władzę i szermując populistycznymi hasłami, w istocie nie znają się na niczym. Ba, nawet nie bardzo wiedzą, co i o czym mówią, do czego dążą. Nie potrafią przecież określić istotnego znaczenia pojęć, którymi się posługują. Wszystko to wykazywał Sokrates publicznie ku wielkiej uciesze słuchaczy, zwłaszcza młodzieży, a ku tajonej wściekłości polityków wszystkich obozów. I czemuż się dziwić, że się skończyło tak, jak musiało się skończyć?

To musisz wiedzieć dziś rano
Codzienny newsletter z najważniejszymi informacjami dla inwestorów.
ZAPISZ MNIE
×
To musisz wiedzieć dziś rano
autor: Kamil Zatoński
Wysyłany codziennie
Kamil Zatoński
Codzienny newsletter z najważniejszymi informacjami dla inwestorów.
ZAPISZ MNIE
Administratorem Pani/a danych osobowych będzie Bonnier Business (Polska) Sp. z o. o. (dalej: my). Adres: ul. Kijowska 1, 03-738 Warszawa. Administratorem Pani/a danych osobowych będzie Bonnier Business (Polska) Sp. z o. o. (dalej: my). Adres: ul. Kijowska 1, 03-738 Warszawa. Nasz telefon kontaktowy to: +48 22 333 99 99. Nasz adres e-mail to: rodo@bonnier.pl. W naszej spółce mamy powołanego Inspektora Ochrony Danych, adres korespondencyjny: ul. Ludwika Narbutta 22 lok. 23, 02-541 Warszawa, e-mail: iod@bonnier.pl. Będziemy przetwarzać Pani/a dane osobowe by wysyłać do Pani/a nasze newslettery. Podstawą prawną przetwarzania będzie wyrażona przez Panią/Pana zgoda oraz nasz „prawnie uzasadniony interes”, który mamy w tym by przedstawiać Pani/u, jako naszemu klientowi, inne nasze oferty. Jeśli to będzie konieczne byśmy mogli wykonywać nasze usługi, Pani/a dane osobowe będą mogły być przekazywane następującym grupom osób: 1) naszym pracownikom lub współpracownikom na podstawie odrębnego upoważnienia, 2) podmiotom, którym zlecimy wykonywanie czynności przetwarzania danych, 3) innym odbiorcom np. kurierom, spółkom z naszej grupy kapitałowej, urzędom skarbowym. Pani/a dane osobowe będą przetwarzane do czasu wycofania wyrażonej zgody. Ma Pani/Pan prawo do: 1) żądania dostępu do treści danych osobowych, 2) ich sprostowania, 3) usunięcia, 4) ograniczenia przetwarzania, 5) przenoszenia danych, 6) wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania oraz 7) cofnięcia zgody (w przypadku jej wcześniejszego wyrażenia) w dowolnym momencie, a także 8) wniesienia skargi do organu nadzorczego (Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych). Podanie danych osobowych warunkuje zapisanie się na newsletter. Jest dobrowolne, ale ich niepodanie wykluczy możliwość świadczenia usługi. Pani/Pana dane osobowe mogą być przetwarzane w sposób zautomatyzowany, w tym również w formie profilowania. Zautomatyzowane podejmowanie decyzji będzie się odbywało przy wykorzystaniu adekwatnych, statystycznych procedur. Celem takiego przetwarzania będzie wyłącznie optymalizacja kierowanej do Pani/Pana oferty naszych produktów lub usług.

Bruno Miecugow na szczęście dla siebie nie działał w stolicy. Nie miał więc sposobności narażania się najważniejszym osobom. Ale i tak nie brakło mu nigdy materiału i okazji do wykazywania głupoty ludzi i władz różnych szczebli i wszelkich orientacji politycznych. Nie prowadził dysput, nie wygłaszał nigdy dłuższych oracji, zwykle przysłuchiwał się, milczał — i nagle jednym celnym powiedzeniem, jedną dowcipną uwagą załatwiał sprawę. Przekłuwał ostrzem słowa nadęty balon frazesów i głupot. Nie mogę odżałować, że nie spisywałem owych jego znakomitych strzałów słownych. Oczywiście mnóstwo ich zachowało się w jego felietonach, ale te rzucane swobodnie i jakby od niechcenia miały szczególny walor i smak.

 

Tak więc kiedyś rozmowę o Instytucie Pamięci Narodowej zamknął i podsumował jednym zdaniem: Jakiej Pamięci? Pamiętliwości, Pamiętliwości! I jest to święta prawda. Nazwa Instytutu jest w sposób oczywisty zbyt szeroka i wręcz buńczuczna. Przecież pamięć narodu musi obejmować całe jego dzieje, a nie tylko kilkadziesiąt lat najnowszej historii, choćby najbardziej dramatycznej. I to pamięć budowana na podstawie bardzo swoistego zasobu dokumentów. Istnieje zaś w Polsce instytucja rzeczywiście upamiętniająca swymi pracami dziesięć wieków życia naszego narodu. Czyni to w sposób szczególnie dokładny, a zarazem żywy i przystępny, bo poprzez życiorysy wszystkich osób, które czymś kiedykolwiek się zaznaczyły. Mowa o Polskim Słowniku Biograficznym. Zaczął się ukazywać jeszcze w czasach II RP. Przeżył rozkwit, jeśli chodzi o poziom haseł i częstotliwość ukazywania się kolejnych zeszytów po wojnie, zwłaszcza kiedy na jego czele stali Emanuel Rostworowski i po nim Henryk Markiewicz. I to mimo cenzury! Dzieło prawdziwie monumentalne w skali światowej. Można śmiało porównywać je ze słownikami tego typu największych narodów i najbogatszych państw. Obecnie jednak jego byt jest zagrożony — z powodów finansowych. Bohaterską walkę o przetrwanie prowadzi jego obecny szef profesor Andrzej Romanowski. A chodzi przecież w istocie o małe pieniądze, stanowiące zaledwie ułamek procentu budżetu tamtego Instytutu Pamiętliwości. Lecz ten jest bardzo użyteczny dla polityków jako potężna broń w rozgrywkach z przeciwnikami. I głównie z tej przyczyny, niezależnie od tego, kto rządzi, będzie zawsze hojnie dotowany.

 

Bruno wielce cenił sobie kontakt z ludźmi. Kiedy opustoszał jego ulubiony stolik dziennikarski, zaszczycił nasz — profesorski, jak zwykło się mówić, choć w istocie stanowimy tu mniejszość. Zjawiał się regularnie, jakkolwiek ostatnio chodzenie sprawiało mu fizyczną trudność. Umysł natomiast pozostał świetny, błyskotliwy. Kiedy więc przestał się pojawiać przez dni kilkanaście, nawiązaliśmy kontakt telefoniczny. Już nie opuszczał mieszkania, ktoś zawsze się nim opiekował. Nie zapomnę naszej ostatniej rozmowy. Głos miał wyraźny. Mówił rzeczowo i z całym spokojem o swym stanie i o tym, co nieuniknione. Prawdziwy mędrzec. Nie wygłaszał tyrad jak Sokrates Platona na temat nieśmiertelności duszy, które mogą przekonać tylko przekonanego. Patrzył mężnie w przyszłość, jakby wybierał się w zwykłą, choć tylko nieco dalszą, podróż.

 

Pogrzeb miał świecki. Odczytano pożegnanie, jakie sam ułożył. I otworzono, zgodnie z życzeniem, butelki szampana. Zamiast salwy honorowej. l

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Aleksander Krawczuk

Polecane