TRZY PYTANIA DO… JACKA SIWICKIEGO Z ENTERPRISE INVESTORS
1. Exodus funduszy świadczy o kurczących się możliwościach inwestycyjnych?
Na rynku PE, podobnie jak w piosence Piwnicy pod Baranami, „przychodzimy, odchodzimy”. Nie powiedziałbym jednak, że możliwości inwestycyjne w Polsce się kończą. My działamy na rynku 26 lat, właśnie zrealizowaliśmy kolejną inwestycję i jest szansa, że następną sfinalizujemy jeszcze przed końcem roku. Działamy w segmencie projektów w przedziale 20-80 mln EUR, których jest więcej.
2. Czy takie projekty wymagają innego sposobu działania funduszu?
Wymagają permanentnej obecności na miejscu i bardzo dobrego zespołu, który ma czas i możliwości, aby właścicieli przekonywać i „uwodzić”. W mniejszych projektach cena nie zawsze gra główną rolę — sprzedający biorą też pod uwagę dokonania z przeszłości, doświadczenie, wartości etc. Dlatego otworzyliśmy biura w Bratysławie czy Budapeszcie, gdzie zatrudniliśmy osoby, które znają bardzo dobrze lokalny rynek, język, dowcipy i czytają lokalne gazety. Dzięki temu lepiej się rozmawia i skuteczniej przekonuje.
3. Jak to wygląda w przypadku największych inwestycji — powyżej 100 mln EUR?
Takich transakcji nigdy nie było w Polsce dużo. Trudno byłoby utrzymać tu biuro, prowadząc tylko tak duże projekty. Prywatnych firm z przychodami powyżej 1 mld zł jest nad Wisłą zaledwie około 100. Właściciele takich firm jak obuwnicze CCC czy odzieżowe LPP nie są skłonni do sprzedaży swoich biznesów. Jest też możliwość inwestowania w spółki skarbu państwa, z czego my akurat się wycofaliśmy. Niedawno w trakcie takiego procesu inwestorzy usłyszeli, że spółka jest strategiczna dla gospodarki.