Mercedesowi śniło się, że leci

Skrzyżowanie mercedesa z mewą? To nie podwórkowy dowcip, bo tzw. gullwing — dosłownie skrzydło mewy — może odlecieć nawet powyżej 1 mln USD.

Połysk nasłonecznionych karoserii oślepi każdego, kto 7 kwietnia wybierze się na Florydę i przejedzie przez Fort Lauerdale, w którym RM Sotheby’s pomiędzy palmy, białe kolumny i fontanny poutyka eksponaty warte miliony dolarów. Oprócz całkowicie współczesnego porsche 911 dom aukcyjny najbardziej zachwala w katalogu dwie pasiaste maski fordów GT z 2006 r., mleczną corvettę i śmietankowego cadillaca eldorado z 1953 r., a także dwa mercedesy 300 SL — w tym jeden, który w dzieciństwie chyba nie do końca chciał być samochodem.

JAZDA POD PRĄD:
Zobacz więcej

JAZDA POD PRĄD:

Decyzja o seryjnej produkcji potocznie nazywanego gullwinga mogła zaskakiwać w okresie, kiedy Mercedes musiał bardziej reperować budżet, niż ryzykować. Cena nowego modelu ponad trzykrotnie przebiła jednak ówczesną stawkę za 170 Vb, a na zbliżającej się aukcji przekroczy prawdopodobnie 1 mln USD. FOT. RM SOTHEBY’S

Doda ci skrzydeł

Wygoda wsiadania do auta, którego drzwi odchylają się na zewnątrz razem z fragmentami dachu — jak u stroszącego skrzydła ptaka — rzeczywiście bywa dyskusyjna, jednak podaż nieprzekraczająca 1,5 tys. szybko łagodzi podobne wątpliwości, bo samochód w dobrym stanie zachowania jest niewątpliwie rzadki i o potencjale kolekcjonerskim. Tak samo jak odchylana przy wsiadaniu kierownica, drzwiowe popisy nie były podyktowane estetyczną wrażliwością, tylko konstrukcyjną koniecznością, bo potocznie nazywany gullwing miał dla klasycznego rozwiązania zbyt wysokie progi. Truskawkowo czerwony egzemplarz wystawiony na kwietniową aukcję jest z ostatniego okresu, w którym marka pozwalała sobie na awangardowe skrzydła mewy — opuścił fabrykę w 1957 r., na który przypada oficjalne zastąpienie gullwinga bardziej ugrzecznionym roadsterem. Mając na uwadze, że sportowe odsłony zwykle pojawiają się na rynku po premierze tych przeznaczonych na miejskie drogi, warto docenić odstępstwo, bo zanim kierowcy mogli rozsiadać się swobodnie w roadsterze, wersjaskrzydlata wchodziła już w wiraże Le Mans czy Carrery Panamericany. Pragnienie wcielenia się w motoryzacyjnego Ikara nie było zresztą do końca odrealnione, bo nowoczesny i skomplikowany wtedy silnik z wtryskiem paliwa pozwolił mercedesowi na bycie najszybszym seryjnym samochodem, mimo że w latach 50. taka technologia stosowana była wyłącznie w transporcie powietrznym. Chociaż obecnie o odlocie można mówić bardziej w kategoriach cenowych niż przyspieszenia, warto jednak zwrócić uwagę, że podniebne podrywy na aukcjach zawsze rozgrywają się na tle wykresów średnich stawek — a tym razem gullwing nie przelatuje nad piętrzącymi się górami, tylko nad łąkami łagodnych spadków.

Jazda z górki

Żeby mówić o średnich, a nie o jednej przeciętnej, trzeba wyjaśnić, że dla wyceny kolekcjonerskich samochodów stosuje się rozróżnienie na cztery kategorie. Według Hagerty, gullwing z 1957 r. kosztuje średnio od 835 tys. USD (2,9 mln zł) w stanie dalekim od oślepiająco lśniącego do 1,2 mln USD (4 mln zł) w przypadku, kiedybrak usterek pozwala na określenie „concours”, a więc wymuskany co do bieżników opon, salonowo. Jak się okazuje, dla skrzydlatego mercedesa z tego roku wykresy przeciętnych stawek układają się raczej podobnie, bez względu na stan zachowania: od połowy 2013 r. do 2015 r. blisko 130-procentowy skok, a następnie ciągły spadek, który do stycznia 2018 r. wyniósł niecałą jedną trzecią. W zaledwie półtora roku rozgorączkowany popyt podniósł stawkę za auto w nienagannym stanie o prawie 1 mln USD, bo latem 2013 r. płacono za nie średnio 765 tys. USD (2,6 mln zł), a na szczycie górki — 1,75 mln USD (6 mln zł). Egzemplarz wystawiony na aukcję nie odbiega natomiast od aktualnych poziomów, bo podana w katalogu estymacja to 1-1,3 mln USD (3,4-4,4 mln zł) — być może na zachętę, bo samochód ma kilka zdecydowanie konkurencyjnych przewag nad resztą. Zwykle kiedy na prestiżowych aukcjach prezentowane są auta z lat 50., nota katalogu wychwala stosowność ich renowacji — a więc fakt, że nie zostały bezmyślnie przerobione i wylakierowane na współczesną modłę, tylko podreperowane w zgodzie z duchem swoich czasów. Tym razem jednak w opisie wybrzmiewa jeszcze gorętszy aplauz, bo wystawiony samochód okazał się być „never restored”, czyli całkowicie nietknięty — jak z muzeum.

Mimo że historia wystawowa podawana jest zazwyczaj w opisach dzieł sztuki, tym razem dowiadujemy się, że mercedes ocalał w tak oryginalnym stanie właśnie dzięki temu, że przez trzy dekady nie nadwyrężał się na drogach, tylko cieszył niezaspokojone oczy w muzeum. Eksperci z RM Sotheby’s musieli więc wykorzystać to do rozpalenia popytu, snując na końcu noty opowieść o tym, jak tłumy odwiedzających Muzeum Forda mogły się tylko do eksponatu przymierzać — otwierając w myślach sterczące drzwi, wślizgując się niezgrabnie do środka i wdeptując pedał gazu, tuż przed wybudzającym ze snu progiem zwalniającym wysokości miliona dolarów.

 

 

 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Weronika Kosmala

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Mercedesowi śniło się, że leci