Miały być kajaki, a wyszły żaglówki

Urszula Światłowska
opublikowano: 2005-06-03 00:00

Na początku było ich kilkanaście. Teraz tysiące żaglówek Delphia Yachts pływa w całej Europie.

Olecko — niewielkie miasto na Mazurach, jak wiele innych. Zaniedbane budynki, małe sklepiki. Żadnego przepychu, senna nuda. Niedaleko nieduże jezioro, położone z dala od głównych szlaków turystycznych. Jest też niewielka przystań, ale stoją tu tylko omegi, bo jezioro małe...

Bracia Wojciech i Piotr Kotowie nie od razu zaczęli produkować łodzie. Z rodzinnego Mrągowa wyjechali na studia, a potem zaczęli pracować. Każdy poszedł w swoją stronę. Ale cały czas byli mocno związani z wodą i żaglami. Zresztą trudno nie być, gdy w dzieciństwie zaledwie kilkanaście metrów dzieliło ich od jeziora.

— Wychowaliśmy się w Mrągowie, w domu z ogrodem wychodzącym na jezioro. Przy pomoście zawsze stała jakaś łódka. Pływaliśmy — albo u nas, albo w bazie Mrągowo — wspomina Wojciech Kot, współwłaściciel Delphia Yachts.

Pasja została. Na studiach, później już w pracy, starali się urwać choć na chwilę — by popływać.

— Gdy już pracowałem tu, w Olecku, na nic nie miałem czasu, ale przynajmniej raz do roku wyruszaliśmy na spływy kajakowe. I właśnie na jednej z rzek wszystko się zaczęło. Spotkaliśmy niemieckie kajaki, o niebo lepsze od naszych. Olśniło nas: robimy kajaki! Oczywiście lepsze od tych niemieckich. Po powrocie zaczęliśmy się przymierzać i wyszła nam... żaglówka — śmieje się Wojciech Kot.

A potem już poszło, choć nie było łatwo.

Szalone początki

Pierwsza stocznia, założona w roku 1990, to była niewielka hala. Widać ją, jadąc do Olecka z Ełku. Nieco przebudowana, do dziś należy do Delphia Yachts. Teraz powstaje tam tylko stolarka do jachtów. Ale na początku musiało wystarczyć.

— Pierwsze łodzie były małe. Takie bączki — opowiada Kot.

Wspomina, że od zawsze marzył o nieosiągalnej Sportinie 620, której nie można było kupić, ponieważ pod nazwą Jantar była w całości sprzedawana do Niemiec.

— Patrząc na te żaglówki, marzyłem o dobrej łodzi. I tak jak z tymi kajakami — doszliśmy do wniosku, że zrobimy lepszą łódź niż Sportina 620 — wspomina z uśmiechem Wojciech Kot.

Tak powstała zaprojektowana przez Andrzeja Skrzata Sportina 680. Wojciech Kot doskonale pamięta pierwszą łódkę zrobioną przez siebie.

— Była pełna błędów i długo ją robiliśmy. Było bardzo złe zaopatrzenie, brakowało rozmaitych detali, których nie można było nigdzie dostać. Mieliśmy duże opóźnienia — wspomina Kot.

A czas naglił.

— Musieliśmy zdążyć na wystawę sprzętu sportowego w Lille. W przeddzień wyjazdu pracowałem do rana, chyba do czwartej. Wstałem o 7 i do 11 przez południem kończyliśmy pracę. Potem od razu wsiadłem do samochodu i pognałem do Warszawy. Tam już czekał kolega i wyruszyliśmy. Po drodze najpierw okazało się, że wysiadł nam silnik. Potem na dziurawej autostradzie puściły pasy ściągające i jacht omal nam nie spadł. Musieliśmy wepchnąć go z powrotem na przyczepę. Na szczęście blisko autostrady były drzewa. Więc najeżdżając na wstecznym biegu, łódką uderzaliśmy w drzewo, by ją wepchać. Następnego dnia byliśmy już w Lille na wystawie. Znów nie spaliśmy, bo całą noc się rozkładaliśmy — z iskierką w oku wraca do pionierskich wspomnień Wojciech Kot.

Ale było warto. Wcześniej wielokrotnie szefowie Delphia Yachts rozmawiali z przedstawicielami niewielkiej francuskiej firmy, starając się ściągnąć ich do Polski. Bezskutecznie. Będąc w Lille, zadzwonili, że są na targach. Francuzi wsiedli w samochód i przyjechali. Nie żałowali.

— Po kilku latach przyznali: „zobaczyliśmy, że i tak wejdziecie na rynek i będziecie go nam psuć, więc postanowiliśmy wziąć was do siebie” — cytuje z dumą Wojciech Kot.

Powoli, z roku na rok, interes się rozkręcał, było coraz lepiej. Najpierw francuska firma, potem większa Mar Import, a w końcu znany koncern Marine Power. Na początku olecka stocznia produkowała kilkanaście jachtów. W tej chwili rocznie opuszcza ją już około 3 tys. sztuk.

Teraźniejszość

Kilka minut jazdy samochodem od pierwszego warsztatu jest nowa stocznia. Duży teren. Wielkie hale. Przeprowadzka trwa. Jeszcze nie wszystko jest dokończone, ale i tak produkcja idzie pełną parą. Zbliża się sezon. Wtedy w zakładzie się uspokoi i będzie czas na dokończenie modernizacji.

Na razie olecka stocznia nie może narzekać na brak zamówień. Przed hangarami stoi morze niedokończonych jachtów. Mniejszych i większych. Dziennie kilkadziesiąt — wypucowanych, ofoliowanych — wyrusza do dilerów.

— Jest zapotrzebowanie na nasze jachty, ale my nie jesteśmy w stanie nadążyć z produkcją — kiwa głową Piotr Kot, współwłaściciel Delphia Yachts.

Trudno się dziwić. Przez piętnaście lat stocznia wyrobiła sobie znakomitą opinię.

— W klasie motorówek popularnych jesteśmy najlepsi w Europie. Mamy największą sprzedaż w Portugalii, Hiszpanii, Niemczech, Anglii czy Holandii. Wprowadzamy coraz większe jachty. Jeszcze nie jesteśmy obecni w klasie jachtów o wysokim prestiżu, ale robiąc Quicksilvera 890 nabieramy doświadczeń również w tym segmencie. Przełamaliśmy bariery — cieszy się Kot.

A to przekłada się na zyski.

— Co roku nasze obroty rosną o kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt procent. Ale dozujemy sobie rozwój. Już w tej chwili mamy więcej zleceń, niż możemy zrobić i przyjmujemy tylko konkretną liczbę zamówień. Nigdy nie odpuścimy sobie najwyższej jakości — zaznacza Wojciech Kot.

Od forda do jaguara

Bo dobrą opinię bardzo łatwo stracić, a konkurencja nie śpi.

— Jachty są ciągle modernizowane, przynajmniej dwa razy do roku dokładamy coś nowego. Brat miał zakład stolarski, robił m.in. meble. Stąd też nasze jachty mają dobrą stolarkę, są elegancko wykończone. Mimo że mamy dobre oceny, wciąż podnosimy standard wykończenia — zaznacza Wojciech Kot.

A moda się zmienia i wymagania klientów rosną.

— Kilka lat temu na Mazurach Sportina 680 to był duży jacht, większe były tylko 7-8-metrowe tanga. Dziś podstawowe łódki mają już 9-10 metrów, a jacht bez toalety to rzadkość. Zapomnieć można też o eksporcie jachtów bez zbiorników na odpady. Kiedyś ludzie nie chcieli mieć dużych zbiorników, a silniki były bardzo drogie. Teraz jest zupełnie inaczej. Każdy jacht ma silnik. A jeżeli jest silnik, to dobrze, aby dawał ciepłą wodę. A jak jest ciepła woda, to chce się, by były też zimne napoje, więc lodówka... Jak już są takie wygody, to warto jeszcze wiedzieć, gdzie się jest. Więc system nawigacyjny i jeszcze GPS, bo jeśli mam już w samochodzie, to dlaczego mam nie mieć na jachcie? — wymienia Wojciech Kot.

Delphia Yachts robi wszystko, by tym wymaganiom sprostać.

— Panuje opinia, że szwajcarskie zegarki są dobre, podobnie jak niemieckie samochody. Staramy się zbudować opinię: polski jacht to dobry jacht. Zawsze montujemy tabliczki podające nazwę naszej firmy i kontakt, nie ukrywamy, że nasze łodzie powstają w Polsce — mówi współwłaściciel oleckiej stoczni.

Rodzinny interes

Właśnie kończy się zmiana. Pracownicy uwijają się jak w ukropie. Nie wyjdą, dopóki nie skończą.

— Dumny jestem z tego, że ma tu pracę około 600 osób, więc czterysta kilkadziesiąt rodzin z naszego miasta żyje godnie dzięki naszej firmie. Bardzo często pracują tu całymi rodzinami. Rodzice i córka albo małżeństwa — podkreśla Wojciech Kot.

I faktycznie — mijając kolejny jacht, pokazuje nam małżeństwo. Pracują przy tej samej łodzi. Kawałek dalej — kolejne. A bracia Kotowie — nie przerywając rozmowy z dziennikarzami — nadzorują załadunek łodzi na przyczepę. To się nazywa rodzinny interes. Na światową skalę.