Miłość nie wszystko wybaczy…

Łukasz Kwiecień, Pioneer Pekao
opublikowano: 2009-08-31 14:31

…czyli o tym, ile kosztuje zawiedzione polskie uczucie do USA. I co z tej nauczki wynika. A w każdym razie – co powinno wynikać.

A więc to tak… Nie chcą nas. Nie obchodzimy ich. A Ten Najważniejszy - w Białym Domu - robi wręcz ostentacyjnie wszystko, żeby pokazać nam, co o nas myśli. Tacy są ci Amerykanie. My im serce, a oni nam… No właśnie, jedyne co oni nam - to faktury do zapłacenia za F-16. Które przecież – powiedzmy sobie szczerze – kupiliśmy w dużej mierze właśnie dlatego, że takie amerykańskie... My im serce… A oni nam – stare okręty, do których trzeba by dużo dołożyć, żeby faktycznie przedstawiały jakąś wartość bojową. Albo leciwe Herculesy… Lub – obraźliwie niską rangę delegacji, zresztą wyżebranej na obchody rocznicy wybuchu wojny. A my… A my przecież to właśnie z miłości, graliśmy wbrew Europie, wręcz nalegając na instalację sławetnej wyrzutni pocisków przeciwrakietowych. I to kosztem zaogniania i tak złych stosunków z carem Putinem. A Amerykanie? A Amerykanie ponegocjowali, naobiecywali, a teraz kręcą maksymalnie. I jakoś nie słychać nawet oficjalnego „sorry” za wystrychnięcie Polski na dudka. Pewnie o tym nawet nie pomyśleli… 

Chora jest, a w każdym razie – była - ta polska miłość do USA. Może dlatego, że wizerunek Stanów w Polsce był zniekształcony przez polskie pobożne życzenia. Bez zastanowienia i bez uwzględniania realiów czołowi politycy w Polsce wmawiali ogłupianemu elektoratowi, że w jakiś cudowny sposób naszą małą krainę łączą niewidzialne i gwarantowane więzy z maksymalnie zmitologizowaną zamorską potęgą. No bo Kościuszko, no bo Pułaski, no bo Chicago… Potem Paderewski, Reagan, Solidarność, amerykańscy związkowcy… Od dziecka znamy przecież całą ta litanię oznak domniemanego braterstwa krwi. I tak pielęgnowaliśmy mit o polsko-amerykańskim braterstwie. Przypominając uparcie chwalebne chwile i stale dziękując za pomoc w przeszłości, kompletnie przeoczyliśmy fakt, że świat się zmienił. Świat się zmienił, ale także przecież w ostatnich latach w kółko powtarzano nam zaklęcie, że jesteśmy najwierniejszym sojusznikiem USA. Tyle, że nie zdawano sobie sprawy, że w istocie tego stwierdzenia tkwi cały klucz do może i szokującej prawdy - że przecież nie oznacza to, że ta gorąca miłość sojusznicza jest odwzajemniana w sposób, na jaki zasługuje. Jak pokazują coraz dobitniej wypadki ostatnich lat mityczny sojusz polsko – amerykański jest sojuszem obarczonym ryzykiem jednostronności. Czyli my im tak, ale oni nam nie. Niestety, żarty – żartami ale ten sadomasochistyczny w ostatnich latach układ ma koszmarne konsekwencje dla polskiej strategii w polityce zagranicznej i obronności. Ale także – dla gospodarki. A to dlatego, że przez lata za gwarancję bezpieczeństwa uważaliśmy przecież głównie USA, a dopiero potem – NATO (uważając przy tym USA za gwaranta istnienia samego NATO…). Przy okazji zlekceważono w sposób nieodpowiedzialny to, co powinno być podstawową polisą naszego bezpieczeństwa: zapewnienie sobie i światu, że jeśli nawet ktoś największy kopnie Polskę, to – niezależnie od reakcji domniemanych sojuszników – może szybko i mocno oberwać. Tak, by rachunek zysków i strat nie był tak oczywisty jak wynikałoby ze statystycznej dysproporcji sił i środków. Realna zdolność do kontrataku to jedyny pewny straszak, jaki możemy mieć. Tak by nawet najbardziej pewny siebie globalny judoka musiał jednak zastanowić się, czy jakieś agresywne działanie aby na pewno będzie mu się opłacało. Ale aby pewność możliwości odpowiednio mocnego kontrataku uzyskać, trzeba przygotowywać się do tego przez lata. Np. dbając o zachowanie i rozwój kręgosłupa własnego przemysłu zbrojeniowego. O tym, jak jest naprawdę świadczą choćby liczne informacje mediów raportujących postępującą degradację resztek przemysłu obronnego. Nie mówiąc już nawet o znacznie dokładniejszych relacjach specjalistycznych magazynów pokazujących czarno na białym siermięgę polskich sił zbrojnych i jeszcze bardziej spektakularnie dramatyczny stan zakładów zbrojeniowych. 

No więc, niezależnie od tego czy Ameryka nas kocha czy nie kocha, możliwość wykonania bolesnego dla przeciwnika kontrataku (i to poza własne granice!) powinna być fundamentalnym fundamentem strategii obronnej Polski. Oczywiście, nie zmienia to faktu, że dla kraju naszej wielkości i naszych możliwości, bez strategicznego straszaka nuklearnego, szanse w pojedynkę są niewielkie. Wbrew dyrdymaleniu o konfliktach asymetrycznych, jedyny konflikt asymetryczny jaki nam faktyczne grozi to taki, w którym to my – Polska – będziemy asymetrycznie słabi i potencjalnie skazani na działania także o charakterze partyzanckim…  Mówmy bowiem otwarcie – problemem Polski nie jest ewentualny konflikt ze Słowacją, Czechami czy Litwą (choć akurat w tym ostatnim przypadku dość łatwo wyobrazić sobie sytuacje grożące otwartym konfliktem), ale ze znacznie grubszym kalibrem sąsiadów (Rosja + Białoruś, Niemcy, Ukraina). Ignorowanie takich scenariuszy byłoby skrajną głupotą. Tak zresztą jak opieranie wszystkich nadziei na takiej czy innej Ameryce. 

Idealizowanie wizerunku USA i opieranie losu państwa i narodu na kruchym fundamencie równie wyidealizowanego sojuszu było i jest nie tylko naiwne, głupie ale i szalenie niebezpieczne. Pcha nas bowiem w ślepą uliczkę ryzykownej ułudy – liczenia na coś, na co liczyć nie można. W każdym razie – nie można liczyć wyłącznie na to. Bo jak się liczy na coś bardziej niż można, to się wychodzi potem jak na offsecie. Albo kończy się jak z wyżebraną i zadeklarowaną baterią Patriotów. Co gorsza, paradoksalnie, taki ochłap na otarcie łez – zamiast pocieszyć - może narobić jeszcze więcej zamętu. Jedna bateria lepsza niż żadna? Nie jestem przekonany. Obawiam się, że – kiedy jakiekolwiek ustrojstwo – nawet stary zestaw ćwiczebny – pojawi się już w Polsce, to nie tylko rząd będzie piał z zachwytów, jaki to wspaniały nabytek. I zrobią do tego taką oprawę, jakbyśmy dostali w prezencie dywizjon oceanicznych atomowych okrętów podwodnych z  balistycznymi rakietami nuklearnymi (swoją drogą – dopiero taki dywizjon byłby niezłą polisą ubezpieczeniową na wypadek, gdyby ktoś chciał nam zrobić krzywdę na serio – tyle, że bardzo długo jeszcze nie stać nas będzie ani na dywizjon, ani nawet na pojedynczy okret tej klasy). A wracając do nieszczęsnej baterii – ryzyko jest więc takie, że politycy uznają, iż kwestie obrony (przeciwlotniczej, przeciwrakietowej, wszelakiej) mają już z głowy… Miażdżąca większość normalnych ludzi nie ma bowiem fiołkowego pojęcia o tym, czy taki Patriot to coś czy nic. I niestety łatwo będzie im wmówić, że to nie tylko „coś”, ale wręcz kosmiczny patent, który załatwia wszystko. Podczas gdy nie dość, że nic nie załatwia, to jeszcze pogarsza sprawę – bo zamazuje i tak totalnie zdeformowany obraz spraw obronnych. Do czego walnie przyczyniło się właśnie stawianie wcześniej wszystkiego na amerykańska kartę.  

Poza dbałością o możliwość wykonania szybkiego wysokiego kopnięcia nawet w największa szczękę, jesteśmy skazani na szukanie partnerów, przyjaciół i sojuszy. Tylko że tych sojuszy, ale także normalnego partnerstwa bez iluzji miłości, szukać trzeba przede wszystkim blisko. I, mimo całego koszmarnego bagażu tragicznych doświadczeń, jesteśmy skazani na szukanie przyjaciół na naszym najbliższym podwórku. Oznacza to szukanie sposobów na normalne życie także z Rosjanami, przeciw którym bronić miał nas mitologizowany sojusz z Amerykanami. Oznacza to również konieczność stałego polepszania stosunków z Niemcami. Oba te przypadki – ale także casus Ukrainy - oznaczają konieczność porzucenia cierpiętniczo – heroicznych zwyczajów, rozpamiętywania krzywd i zasług, rozbijania się o z definicji nierozwiązywalne dylematy historyczne. Z własnych, rodzinnych doświadczeń wiem doskonale, że to bardzo trudne. Patrzę na moja kilkuletnią córkę i wiem, że w jej genach splata się cały szereg dramatów jej przodków. Prapradziadek mojej Zosi został zamordowany w Auschwitz. Pradziadek wypędzony ze Lwowa, potem przetrzymywany w obozie w Płaszowie. Kochana prababcia cudem ocalona z ukraińskiej rzezi na Wołyniu. Dziadkowie wychowujący się w powojennej biedzie. Zabite marzenia, zniszczone życie. Ale przecież byłoby jeszcze gorzej, gdyby te straszne losy przodków krępowały i ograniczały szanse pokolenia Zosi. 

Oderwanie od koszmaru historii jest bardzo trudne, to jednak możliwe.  Miejmy świadomość historii, ale koncentrujmy się na przyszłości. Zróbmy wszystko co możliwe, żeby następne pokolenia nie musiały tracić życia na rozpamiętywania naszych błędów i naszego idiotycznego skrępowania tragiczną historią. Bo to przecież ona w dużej mierze wpłynęła na tak niebezpieczną asymetrię w naszej polityce zagranicznej i w naszej strategii obronnej. Na sprowadzenie gwarancji własnego bytu do sztucznych uśmiechów i nic nie znaczących gestów waszyngtońskich polityków. No więc stańmy odważnie przed lustrem i powiedzmy sobie twardo: Oni nas nie kochają. Mają nas w nosie. Co więcej, ryzyko jest takie, że naprawdę mają nas w nosie – i to nawet głębiej niż Wielka Brytania i Francja w 1939. Co gorsza, Amerykanie nie zdają sobie nawet sprawy, że mają nas w nosie. Czy gdziekolwiek indziej. I jak sobie to powiemy, to zobaczymy, że ostentacyjne lekceważenie usilnych polskich zalotów do USA wyjdzie nam na zdrowie. I, że wyleczeni ze ślepej miłości, zaczniemy wreszcie grać przytomniej.

Autor jest analitykiem, pracuje w Pioneer Pekao. Był red. naczelnym Gazety Bankowej i Gazety Giełdy Parkiet. Pracował także w NBP. Felieton wyraża wyłącznie jego osobiste poglądy.