Minister wspiera firmy, może niepotrzebnie

Małgorzata Grzegorczyk
21-12-2006, 00:00

Minister gospodarki uważa, że utrzymanie cła na import monitorów LCD to dowód, że rząd dba o inwestorów zagranicznych. Nie wszyscy tak uważają.

We wczorajszym „PB” informowaliśmy, że utrzymanie 14-procentowego cła na monitory LCD powyżej 19 cali to świetna wiadomość dla Polski, w której na inwestycje w fabryki telewizorów zdecydowało się kilkanaście firm (wraz z poddostawcami zainwestują ponad 5 mld zł i stworzą ponad 20 tys. miejsc pracy).

— Fakt, że tym razem udało się ochronić producentów i odsunąć groźbę zmniejszenia ceł, to najlepszy dowód, że polski rząd dba nie tylko o to, by ściągać inwestorów, ale także o to, by zabezpieczyć interesy tych, którzy już tu są. Producenci telewizorów LCD są zagrożeni przez konkurencję z Dalekiego Wschodu, a Unia stosuje środki ochrony, które nie zawsze są zgodne z interesami Polski — podkreśla Piotr Woźniak,minister gospodarki.

Kamikadze w Polsce

Unijne rozporządzenie dotyczące cła na import monitorów przestaje obowiązywać 31 grudnia. W poniedziałek resort gospodarki, którego szef m.in. rozesłał listy w tej sprawie do wszystkich swoich odpowiedników w UE, otrzymał projekt rozporządzenia przedłużającego to cło o dwa lata. Stefan Kamiński, prezes Krajowej Izby Gospodarczej Elektroniki i Telekomunikacji, jest zdania, że gdyby do tego nie doszło, wszystkie rozpoczęte lub zapowiedziane inwestycje w fabryki telewizorów LCD zostałyby wstrzymane lub ograniczone do centrów dystrybucji. Nie wszyscy eksperci — w tym były wiceszef Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych — się z tym zgadzają.

— Cło zniknie za dwa lata. Toshiba, Funai przewidywały, że cła nie będzie, a mimo to zdecydowały się na inwestycje w Polsce — twierdzi Sebastian Mikosz, obecnie dyrektor generalny Amrop Hever, firmy headhunterskiej.

200 procent to jest cło

Jego zdaniem, koszty pracy to zaledwie 10 proc. wartości telewizora, bo produkcja jest w 90 proc. zautomatyzowana. Dlatego produkcja np. w Chinach wcale nie jest dużo tańsza. Natomiast transport morski, konieczny w przypadku importu z Azji do Europy, byłby, jego zdaniem, nieopłacalny.

— Cena transportu morskiego sięga 10 USD, podczas gdy transport po Europie to koszt 5 EUR. Najważniejsza jednak sprawa to czas transportu. Z Azji do Europy trwa on 2 miesiące. To czas, w którym pieniądze są zamrożone. Na dodatek w takim systemie trudno jest dostosować podaż do popytu i wprowadzać na rynek nowości. Poza tym żeby cło było zaporowe, powinno sięgać 200 proc., tak jak w przypadku butów — dodaje Sebastian Mikosz.

Inaczej na problem patrzy ekspert firmy doradczej KPMG.

— Cło jest jednym z istotnych elementów branych pod uwagę przy podejmowaniu decyzji o inwestycji i rozpoczęciu produkcji. Niepłacenie cła przez firmy produkcyjne zwiększa ich konkurencyjność na rynku unijnym. Jednakże trudno stwierdzić, czy przy zawieszonej stawce cła inwestorzy zaprzestaliby produkcji w Polsce — twierdzi Krzysztof Stefanowicz.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Małgorzata Grzegorczyk

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Świat / Minister wspiera firmy, może niepotrzebnie