Ministra poznaje się po tym, jak kończy

Jacek Zalewski
opublikowano: 14-10-2009, 00:00

Wtorkowe ruchy kadrowe premiera Donalda Tuska nie były żadną niespodzianką — zarówno wyrzucenie Mariusza Kamińskiego z CBA bez czekania na opinię prezydenta Lecha Kaczyńskiego, jak i ogłoszenie trzech nowych ministrów. Krzysztof Kwiatkowski w sprawiedliwości i Adam Giersz w sporcie awansowali przez zasiedzenie, Jerzy Miller zaś należy do grupy działaczy PO dobrych na każde stanowisko. Terminował w rolnictwie, zdrowiu, administracji wojewódzkiej — czyli nadaje się do awaryjnego ogarnięcia ogromnego MSWiA.

Oprócz sporu o CBA, do dziejów kultury politycznej III Rzeczypospolitej przejdzie tryb odejścia Grzegorza Schetyny, Mirosława Drzewieckiego i Andrzeja Czumy. Standardowo odwoływani ministrowie stawiają się z następcami u prezydenta, odbierają zdawkowe podziękowania, w czasach Aleksandra Kwaśniewskiego dostawali jeszcze pióra. Ale potem zaczęły się odejścia zaoczne, przybierające formę dyscyplinarnego wyrzucenia. Tak pozbyto się na przykład Janusza Kaczmarka czy Andrzeja Leppera. Notabene prezydent Lech Kaczyński podobnie traktuje również własnych krnąbrnych dworaków, na przykład nie dopuścił na pożegnanie przed swe oblicze Piotra Kownackiego. I do tej właśnie tradycji wpisało się wstydliwe dla premiera odejście trzech ministrów w związku z hazardgate.

Z kronikarskiego obowiązku przypominam, że raz zdarzyło się wstydliwe dla wszystkich, ukryte przed mediami i opinią publiczną nocne... zaprzysiężenie nowego członka rządu — powtórne obsadzenie Andrzeja Leppera w fotelu wicepremiera.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane