Mistrz

30-08-2018, 22:00

W XIX-wiecznej, pełnej dymiących kominów Łodzi pracowały tysiące maszyn, produkując miliony metrów tkanin. Zachowało się ich niewiele. Te, które przetrwały do naszych czasów, drugie życie zawdzięczają pasji Józefa Kłosińskiego.

Starszy mistrz Józef Kłosiński od 10 lat składa, reguluje, konserwuje i ożywia krosna w Centralnym Muzeum Włókiennictwa w Łodzi. Jest jedną z nielicznych osób w Polsce, które potrafią je uruchomić i opowiadać o nich gościom zwiedzającym wystawę, którą zbudował w 2008 r. Aby stworzyć minireplikę hali fabrycznej, musiał zdobyć dawno nieprodukowane części maszyn. Jeździł po zakładach w Zelowie, Bełchatowie, Łodzi, Pabianicach i kupował za grosze całe wózki części, których dorobić się nie da — gońce, amortyzatory, bijaki, łapacze, sznurek, płochy do dobijania wątku. Dlatego dziś nie ma problemu z naprawami stareńkich maszyn włókienniczych. O swoich podopiecznych wie wszystko.

Wyświetl galerię [1/8]

W XIX-wiecznej, pełnej dymiących kominów Łodzi pracowały tysiące maszyn, produkując miliony metrów tkanin. Zachowało się ich niewiele. Te, które przetrwały do naszych czasów, drugie życie zawdzięczają pasji Józefa Kłosińskiego. FOT. KRZYSZTOF JARCZEWSKI

Człowiek fabryki

Jego droga zawodowa może być książkowym przykładem tego, jak wyglądało życie ludzi fabryk w Łodzi. Pracę zaczął w 1961 r., ukończywszy najpierw szkołę zawodową, a potem Technikum Przemysłu Włókienniczego.

— To była szkoła dla tzw. pracowników wysuniętych, czyli przyszłej kadry zarządzającej, jak by się dziś powiedziało. Oprócz przedmiotów zawodowych uczono nas też socjologii, psychologii, prawa — wspomina Józef Kłosiński.

Trzyletnia zawodówka przyzakładowa działała zgodnie z założeniem, że każdy uczeń powinien przepracować dwa tygodnie na każdym stanowisku, żeby poznać pracę przędzalni, tkalni, wykończalni. Dzięki temu i latom pracy Józef Kłosiński wie, jak podejść do każdej maszyny i jak ją naprawić. Uważa, że miał szczęście, bo na początku swojej drogi zawodowej trafił na mistrzów, którzy pracowali jeszcze przed wojną. Ci Francuzi, Holendrzy i Niemcy po 1945 r. pozostali w Polsce, kontynuując pracę w fabrykach. Mistrzowie byli bardzo wymagający, a zakład pracy miał mir i dyscyplinę.

Po skończeniu szkół Józef Kłosiński trafił do Pabianickich Zakładów Przemysłu Bawełnianego Pamotex — do wojny były to Pabianickie Fabryki Wyrobów Bawełnianych Krusche i Ender, a po nacjonalizacji otrzymały imię Bojowników Rewolucji 1905 r. W tych czasach droga zawodowa wydawała się prosta i przewidywalna, a z kolegami z zakładu tworzyło się rodzinne więzi. Józef Kłosiński przeszedł całą zawodową ścieżkę w zakładzie— był tkaczem, potem zakładaczem, następnie mechanikiem maszyn, mistrzem, mistrzem wiodącym i kierownikiem zmianowym, mającym pod sobą ośmiu mistrzów i dwie sale. Pracy było dużo — po wojnie przemysł włókienniczy zasilał budżet państwa prawie 7 mld zł rocznie. Do lat 80. funkcjonowały tzw. nadróbki — ludzie przychodzili do pracy w soboty i niedziele, a płacono im potrójnie, bo taki był zbyt na tkaniny.

Na własny rachunek

Po 25 latach pracy w jednym zakładzie Józef Kłosiński zaczął się nudzić. Uznał, że osiągnął już wszystko, co mógł. Złożył, niechętnie przyjęte, wymówienie. Postanowił pracować na własny rachunek na rzecz spółdzielni. W domu miał swój park maszynowy — 10 krosien kupionych za pośrednictwem Przedsiębiorstwa Obrotu Maszynami i Surowcami Bomis — był to rodzaj komisu dla rzemieślników.

— Te krosna pochodzą z łódzkich Zakładów Przemysłu Bawełnianego im. Obrońców Pokoju Uniontex, czyli z fabryki zbudowanej w XIX w. przez Karola Scheiblera. Pracowałem na nich dla spółdzielni przez 10 lat. W latach 70., jak ktoś miał sześć krosien, to nie narzekał na finanse. Najlepiej schodziły szyfon i podszewka na kresz — wtedy modne były dresy. Nie mogłem nadążyć z produkcją, prawie wyrywano mi tkaninę z rąk. Tygodniowo sprzedawałem 7 tys. metrów szyfonu na apaszki, ten towar szedł do Wietnamu, Jugosławii. Dobre czasy się skończyły, gdy rynek zalały wyroby z Chin — wspomina mistrz.

Po przejściu na emeryturę w 2006 r. znowu zaczął się nudzić i z radością przyjął propozycję tworzenia fabrycznych sal muzealnych. Cztery krosna przekazał Centralnemu Muzeum Włókiennictwa i cztery współtworzonemu przez siebie Muzeum Fabryki na terenie dawnego imperium Izraela Poznańskiego, gdzie działa ogromny kompleks rozrywkowo-handlowy Manufaktura. Natomiast Centralne Muzeum Włókiennictwa mieści się w tzw. Białej Fabryce Ludwika Geyera i jest jednym z symboli włókienniczej historii Łodzi. To tutaj została uruchomiona pierwsza w mieście maszyna parowa, stanął pierwszy komin fabryczny, powstały pierwsze w Łodzi zmechanizowana przędzalnia i tkalnia bawełny. Józef Kłosiński wypełnił maszynami pustą salę w pofabrycznym budynku, odtworzył też kotłownię, w której działa stała wystawa interaktywna.

Huk i pył

— Przy tworzeniu sali wystawienniczej potrzebne było zaplecze techniczne na części, jakiś falbanek [w gwarze łódzkiej — stół do pracy w warsztacie, najczęściej z zamontowanym śrubsztakiem — red.], żeby coś przypiłować, czółenko naprawić. XIX-wieczne krosna są mniej wydajne niż nowoczesne, ale można na nich zrobić każdą tkaninę. Widać, że na jednym mamy bawełnę, na drugim len, na kolejnym szyfony, na następnym wełnę, dalej podszewkę. Chodziło mi o to, by dzieci, zwiedzając, dotykając, poznawały strukturę, poczuły, że prawdziwy len jest szorstki, różny w dotyku od bawełny. Ta sala to odtworzone stanowisko tkacza z przełomu XIX i XX w. — opowiada Józef Kłosiński.

Prezentowane krosna to zaledwie ułamek tego, co pracowało kiedyś w łódzkich fabrykach, bo nawet w Anglii, gdzie rozpoczęła się rewolucja przemysłowa, nie powstały tak wielkie imperia fabryczne, jak te, które stworzyli w Łodzi Karol Scheibler, Izrael Poznański czy Ludwig Meyer. Aby dać zwiedzającym wyobrażenie, jak wyglądała ówczesna hala fabryczna, całą ścianę sali wystawowej zajmuje zdjęcie wykonane w 1904 r. w zakładach Scheiblera. Goście dostają też próbkę hałasu, w jakim pracowały prządki.

— Wszyscy zatykają uszy. Nawet górnicy, którzy nas kiedyś odwiedzili, uznali, że wolą swoją pracę. Swoją drogą, chciałbym poznać tego kogoś, kto przemysł włókienniczy nazwał lekkim… — mówi Józef Kłosiński.

Trudno ocenić, ile krosien angielskich uratowano w Łodzi po upadku przemysłu włókienniczego. Dwa Józef Kłosiński uzyskał od osoby, która dostała w spadku domek w Karkonoszach, w którym stały krosna.

Doprowadzenie ich do stanu pierwotnego zajęło dwa lata — nic dziwnego, biorąc pod uwagę, że każda maszyna składa się z 500 elementów. Okazało się, że to najstarsze krosna w Łodzi: jedno pochodzi z zakładów Izraela Poznańskiego, drugie — z fabryki Józefa Bayera.

— W 1875 r. Izrael Poznański kupił 250 wąskich krosien. Każde miało numer: nasze to 145. Tak się złożyło, że po ich renowacji kolega pojechał ze zdjęciami do Anglii — przecież to tam w 1807 r. wymyślono strukturę krosna. Gdy pokazał je w muzeach, wzbudził zazdrość i wywołał zachwyt. W Wielkiej Brytanii także niewiele zostało z początków przemysłu włókienniczego — opowiada Józef Kłosiński.

Hojny dar

W Łodzi cześć żeliwnych maszyn uległa zniszczeniu podczas wojny — dla Niemców był to cenny materiał zbrojeniowy — a upadek przemysłu w latach 90. dokończył dzieła. Nikt wtedy nie myślał, że warto zabezpieczyć pamiątki ery industrialnej. Ale w Łodzi, po 50 latach przestoju, znów działa motak datowany na 1928 r. Do Centralnego Muzeum Włókiennictwa trafił z Łódzkich Zakładów Przemysłu Pasmanteryjnego w 1969 r. To jedna z dwóch zachowanych i działających maszyn Wydziału Mechanicznego Zakładów Przemysłu Bawełnianego L. Geyer. Motak służył do przewijania określonej długości przędzy na motki, co usprawniało pracę i zwiększało wydajność. Można też zobaczyć działające krosno półszerokie czółenkowe z górnym biciem, przeznaczone do produkcji tkanin gładkich — model zrobiony dla carewicza Aleksego, następcy tronu rosyjskiego.

W 2017 r. Józef Kłosiński otrzymał Medal „Pro Publico Bono” im. Sabiny Nowickiej wręczany przez Towarzystwo Przyjaciół Łodzi za zasługi na rzecz miasta. Maszyny i inne przemysłowe dary, które przekazał na rzecz Centralnego Muzeum Włókiennictwa, są wyceniane na 140 tys. zł.

— Nie ma już fachowców, nie ma przemysłu, nie da się tego odtworzyć, gdy odejdziemy — ubolewa mistrz.

Na szczęście ma ucznia, Sebastiana Weissa, który podobnie jak on patrzy na stareńkie krosna jak na członków rodziny.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Ewa Tyszko

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu