Mistrz hamburgerów po Harvardzie

Rozmawiali Tomasz Siemieniec, Karol Jedliński
31-05-2012, 00:00

Od szalikowca po jedwabny krawat, czyli Dariusz Mioduski, prezes Kulczyk Investments, jakiego nie znacie. Wyjazd do USA nastawił go na tory kariery także w… polityce — o mały włos zostałby ministrem.

Niezła bryka. Nie wygląda na służbową.

Dariusz Mioduski, prezes Kulczyk Investments (fot. M. Wiśniewski)
Zobacz więcej

Dariusz Mioduski, prezes Kulczyk Investments (fot. M. Wiśniewski)

Świetna. Limitowana wersja Saaba, rocznik 1991. Wieczorem, wracając starym Saabem z mojej pierwszej prawdziwej pracy, zobaczyłem witrynę salonu w centrum Houston. Żółte cabrio z czarnym dachem, specjalna edycja — potem się dowiedziałem, że 300 sztuk na cały świat. Jeden jedyny taki w regionie właśnie obok mnie. Wziąłem go od ręki — oczywiście na kredyt. Mój pierwszy nowy samochód. Jeździ jak złoto do dziś.

Jako ambitny prawnik ze świetnym dyplomem mógł pan sobie pozwolić na rozrzutność...

Rozrzutność? Zadłużony po uszy na studia, a tu kolejny żółty wybryk. Nie od razu chodziłem w krawacie. Mój pierwszy samochód to leciwy 15-letni Buick Riviera, kupiony od kumpla za niespełna 500 dolarów. Ponad 6-litrowy silnik pożerał galony paliwa. Ujechałem trochę i mi gasł. To nie silnik nawalał, to bak był pusty.

Ale chyba lepszy pusty bak w USA niż pełny w PRL?

Jasne. Trafiłem tam jako 17-latek w 1981 r. Rodzice cudem, podobnie jak wiele tysięcy ludzi w tym czasie, dostali paszporty (wcześniej przez lata nam odmawiano) i wyjechaliśmy na dwutygodniowe wczasy do wujka w Houston. Przynajmniej taka była oficjalna wersja. Wylądowaliśmy w Teksasie 10 lipca, po wyjściu z samolotu dopadł nas ponad 40-stopniowy skwar i wysoka wilgotność. Przez pierwsze dwa tygodnie snickersy popijałem fantą. Byłem w siódmym niebie. To był mój pierwszy wyjazd na Zachód.

Houston, mamy problem...

Nie znałem języka, dlatego spędziłem w amerykańskim ogólniaku dodatkowy rok. Zaczynaliśmy, jak to w rodzinach emigracyjnych bywa, od 100 dolarów w kieszeni. Trochę mną wstrząsnęło, gdy zrozumiałem, że w USA moi rodzice są robotnikami. Nigdy wcześniej nie widziałem, żeby ojciec miał brudne ręce. A tu nagle pan inżynier, dyrektor z Bydgoszczy, remontuje domy. Mimo to Ameryka była miłością od pierwszego wejrzenia. W Polsce nie chciałem mieszkać — nie w tamtym systemie. Nie wierzyłem, że kiedykolwiek upadnie. Stany były ideałem.

Od młokosa na fancie po prezesa na dobrym winie. Jest pan dowodem na spełnienie american dream.

Zabrzmi banalnie, ale tak jest: w tamtym czasie Ameryka dawała poczucie, że można wszystko osiągnąć. Talentem i ciężką pracą. To było dla mnie nie lada odkrycie, czas zmiany myślenia o życiu. Ameryka nauczyła mnie, że bez demonstracyjnej wiary we własne możliwości nie możesz oczekiwać od innych, że będą na ciebie stawiali.

Odkrycie, jak to jest być specem od hamburgerów, nie musiało chyba smakować zbyt słodko.

Przede wszystkim uczyłem się, i to nieźle, bo dostałem stypendium. Poza tym pracowałem po 20-30 godzin tygodniowo. Nie oczekiwałem, że ktoś mnie będzie utrzymywał. Przekopywałem ogrody, remontowałem domy, pracowałem w piekarni, w sklepie. Pierwsza praca nie na „czarno” była w McDonald’s. Mianowano mnie hamburgerowym, osiągnąłem lokalne mistrzostwo w tej dziedzinie. Czyściłem podłogę, wynosiłem odpadki. I wtedy poczułem ten wzrok rodziców, to powątpiewanie, czy wyjazd z Polski miał sens...

Podobno w Polsce miał pan do wyboru: zostać księdzem albo kibolem.

Ciekawe, kto wam to powiedział?

Tajemnica spowiedzi.

Jak miałem 6 lat, to rzeczywiście wydawało mi się, że fucha księdza jest najlepsza pod słońcem. To marzenia z czasów wczesnego dzieciństwa, gdy nie do końca rozumiałem, o co chodzi w życiu. Ot, pod koniec mszy ksiądz przejdzie się z tacą i jest szczęśliwy. Ma za co żyć. A przy tym, jaki autorytet i skuteczny model biznesowy.

A z czego miałby żyć stadionowy łobuz?

Zaraz łobuz. Kibic, szalikowiec.

Zawisza Bydgoszcz pany?

Wtedy jak najbardziej tak. Ale wcześniej byli żużlowcy Polonii Bydgoszcz — mieszkałem nieopodal ich stadionu. Byłem dumny z tego, że mogę braciom Ziarnik, ówczesnym mistrzom Polski, uścisnąć rękę, wyczyścić motor, dostać w nagrodę gogle. To wyznaczało pozycję wśród kolegów, o dziewczynach nie wspomnę…

A co z tym kibolowaniem. Zadymy były?

Zawisza nigdy nie miała wybitnych wyników w piłce, ale na jej mecze w latach 70. i tak przychodziło kilkadziesiąt tysięcy widzów. Kibicowanie miało drugie dno — nie łobuzerskie, lecz polityczne. Pamiętam jak po jednym z meczów wiosną 1981 r., tuż po pobiciu Jana Rulewskiego, przeszliśmy pochodem przez całe miasto pod siedzibę bydgoskiej Solidarności. Zrodził się emocjonalny wieczór nad Brdą, milicja robiła swoje, my walczyliśmy o swoje. Miałem 17 lat, byłem idealistą z antykomunistycznej rodziny.

Podobno do dzisiaj pozostał pan idealistą, ale jeśli o kibicowanie chodzi, to co nieco się zmieniło.

Teraz jestem blisko związany z warszawską Legią, gorąco namawiałem Jana Wejcherta, by zgodził się zainwestować w klub. Poza tym jestem kibicem Realu, co w Polsce jest dość trudnym doświadczeniem. Wszyscy kibicują Barcelonie — żadnego kumpla nie mam za Realem. W domu wiedzą, że jak gra Legia lub Real, to obowiązkowo oglądam, a córki ze mną.

A sam pan się rusza czy tylko pilotem klika?

Trochę golfa, trochę biegania, trochę tenisa. Wszystkiego nieco za mało. W licealnych czasach grałem intensywnie w kosza, nawet załapałem się do szkolnej drużyny — Bel Air Cardinals.

Białym Jordanem pan nie został...

Za to w nauce było nieźle. Dostałem stypendium, trafiłem na niewielki, lecz całkiem dobry Uniwersytet św. Tomasza w Houston. Zrobiłem specjalizację z filozofii, nauk politycznych, a nawet zgłębiałem teologię. W tle była ambicja skończenia dobrych studiów prawniczych. Koniec końców byłem pierwszą osobą z tej uczelni, która dostała się na Harvard, a do tego Polak. Szok, spełnienie marzeń.

Elita wita.

Na Harvardzie jesteś wśród najlepszych, uczysz się od najlepszych, rywalizujesz z nimi. To szkoła, która uczy myśleć, budować relacje, rozwiązywać problemy, wymusza aktywność na innych polach, bo na pracy życie się nie zaczyna i nie kończy. Ważne są ideały, zasady. Ważne jest nawet to, z kim grasz w koszykówkę. Jednym z kolegów, z którym trzy razy w tygodniu odbijałem piłkę był chłopak, który cztery lata temu został prezydentem Stanów Zjednoczonych. Był świetnym koszykarzem, a najważniejsze, że już wtedy był nie tylko najlepszym studentem, ale też wybitną postacią. Dostałem od życia bardzo wiele. Teraz czas się tym dzielić, bo uważam, że jeśli Polska chce mieć coś do powiedzenia na świecie, to musi wykształcić silne elity, wybitnych liderów, a Harvard jest jedną z najlepszych ich kuźni. Dlatego postanowiłem wesprzeć polską fundację Harvarda, żeby stworzyć jak największej liczbie młodych ludzi szansę na zdobywanie wiedzy i doświadczeń w tym elitarnym miejscu.

Wyłożył pan milion dolarów z własnej kieszeni. Widzimisię bogacza?

Żadne widzimisię. Dla mnie milion dolarów to naprawdę duża część tego, co mam.

Ale chyba nie rozda pan niemal całego majątku jak np. Bill Gates?

Tu nie chodzi o rozdawanie. Gates wraz z żoną stworzyli organizację charytatywną, działającą na zasadach organizacji biznesowej. To jest wzór. I jeśli nie będę miał przekonania, że moje dzieci rozwiną to, co stworzę, to spodziewam się, że oddam dużą część majątku na projekty związane z pomocą młodym ludziom w realizacji ich marzeń. Mam nadzieję, że zawsze będzie mnie na to stać, tym bardziej, że nadchodzące lata nie będą dla biznesu łatwe. Zawsze będę jednak postępował zgodnie z ideałami i samym sobą.

Ambitne cele jak na menedżera do wynajęcia. Bo przecież właścicielem w biznesie pan nigdy nie był. Najpierw kariera w USA w sieciowej kancelarii, teraz od pięciu lat prezesura. Wciąż nie na swoim... Jan Kulczyk umożliwił mi realizację dwóch celów: prowadzenia projektów na globalną skalę i marzeń o byciu przedsiębiorcą oraz właścicielem. Nie ukrywam, że wolę mieć małą część wielkiego biznesu, niż dużą małego. Bo jestem w tym lepszy. Moją siłą jest myślenie strategiczne, negocjacje, strukturyzowanie dużych, międzynarodowych projektów. Podobnie jak Jana Kulczyka pociągają mnie projekty realizowane z rozmachem. Uzupełniamy się. Znakomicie.

Skoro rozmach się liczy, to politykiem może pan zostać. Zresztą niewiele brakowało, a tytułowano by pana per minister.

To był flirt, a nie prawdziwa miłość do polityki. Wymyśliłem sobie, że powinienem podzielić się tym, co już wiem i potrafię. Dla dobra kraju.

Dlaczego więc nie przyjął pan propozycji Andrzeja Mikosza, ministra skarbu, i premiera Kazimierza Marcinkiewicza?

Pracowałem wtedy w CMS Cameron McKenna i postanowiłem odejść na ministerialny stołek. Ot, z patriotycznych przesłanek, zresztą jako prawnik brałem udział w tworzeniu wielu do dziś obowiązujących ustaw, np. w sektorze energetyki. Byłem temu gotów poświęcić 2-3 lata życia. Jednak wspólnicy w kancelarii mnie zablokowali, twierdząc — zresztą słusznie — że tak od ręki nie mają mnie kim zastąpić. Byłem oburzony, ale teraz im dziękuję. Wkrótce cała polityczna układanka się posypała i zostałbym ze swoim patriotyzmem sam.

A powrót do Polski był aktem patriotyzmu?

Kompletnym przypadkiem. Byłem szczęśliwy w USA i nie zamierzałem wracać do kraju. Pracowałem w sieciowej kancelarii w Houston. Pewnego wieczoru dzwoni mój partner z firmy i mówi, że jest pilna sprawa do załatwienia w Warszawie, taka na kilka dni, i czy bym nie poleciał jutro. Wylądowałem na Okęciu 10 lipca 1991 r., równo dekadę po wyjeździe. To był znak. Poczułem dreszcz emocji.

Potem poszło jak z płatka — zakochał się pan i został.

Nie. Posiedziałem dwa miesiące i wiedziałem, że moje miejsce jest w nowej Polsce, ale musiałem wrócić do Houston. Później jeszcze miałem kilkunastomiesięczny epizod w Nowym Jorku. Enron, nasz klient, poprosił mnie o przygotowanie projektu elektrowni w Polsce, zwietrzyłem szansę. Tak powstała Elektrociepłownia Nowa Sarzyna, którą Kulczyk Investments po latach kupił. Historia zatoczyła koło.

Ładny wjazd do ojczyzny — na plecach przyszłego bankruta.

Enron był znakomitą firmą, ściągał utalentowanych ludzi, kipiał dobrą energią. Zgubiła go chciwość kilku facetów. Dobra lekcja także dla mnie.

Mówią, że pan chciwości nie ma. Nawet do rzeczy, może oprócz samochodu, pan się nie przywiązuje.

To fakt — nie kolekcjonuję niczego, nie zbieram. Choć... mam piwniczkę naprawdę niezłych win.

Amerykańskich chyba w niej nie ma?

Niegdyś lubiłem bardzo wina włoskie, np. z Toskanii. Ale od niedawnej rodzinnej wyprawy do Patagonii zakochałem się w argentyńskich. Przez tydzień przemierzaliśmy kraj na koniach, mieszkaliśmy w schroniskach, namiotach, przebywaliśmy wśród Indian. Od tego czasu dobry argentyński malbec to jest to.

Ale po powrocie z Patagonii i tak pewnie zaraz rzucił się pan do sprawdzenia wyników meczów i poziomu oleju w ukochanym cabrio.

Znów mocniej zaangażowałem się w Legię — jestem w radzie nadzorczej klubu. Saab? Nie sprzedam go nigdy. To takie moje trzecie dziecko. I tylko czasem żona jest o niego zazdrosna. &

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Rozmawiali Tomasz Siemieniec, Karol Jedliński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Mistrz hamburgerów po Harvardzie