We wtorek pisaliśmy o kolejnej zagranicznej akwizycji Grupy Maspex Wadowice, a Krzysztof Badowski, partner PwC, zastanawiał się, które jeszcze firmy spożywcze mogłyby przejmować poza Polską.

Wśród jego typów były m.in. największe polskie mleczarnie. Obroty kilku z nich przekraczają 1 mld zł, a rocznie potrafią inwestować grube dziesiątki, a nawet setki milionów złotych. Rozwijają eksport, ale nie decydują się na tworzenie oddziałów za granicą, a więc tym bardziej na przejęcia. Dlaczego?
Biało-czerwona konsolidacja
— Myślimy o tym — mówi Andrzej Grabowski, współwłaściciel Grupy Polmlek z rocznymi przychodami w wysokości 2,5 mld zł (pochodzącymi nie tylko z mleczarstwa).
— To nie jest jeszcze ten etap rozwoju rynku — uważa Dariusz Sapiński, prezes Spółdzielni Mleczarskiej Mlekovita, która ubiegły rok zakończyła z przychodami na poziomie 3,6 mld zł.
— Wciąż jesteśmy za mali — twierdzi Jan Dąbrowski, szef Okręgowej Spółdzielni Mleczarskiej w Łowiczu, której przychody w 2014 r. wyniosły 1,6 mld zł. Andrzej Grabowski pierwszych ruchów akwizycyjnych poza Polską spodziewa się w perspektywie pięciu lat. — Skupiliśmy się na konsolidacji w kraju. Jest tu jeszcze dużo do zrobienia. Kiedy rynek będzie już skonsolidowany, a my znacznie mocniejsi, nadejdzie właściwy moment — twierdzi współwłaściciel Polmleku.
Wtóruje mu Dariusz Sapiński.
— W pierwszej kolejności trzeba zagospodarować polski rynek, na którym działa 200 mleczarni. Dzięki temu, że decydujemy się na akwizycje w kraju i inwestycje w moce, w zasadzie nie było w Polsce żadnego znaczącego przejęcia ze strony zagranicznego gracza w ostatnich latach — podkreśla prezes Mlekovity. Chodzi też o pieniądze.
— Przy tak dużych inwestycjach w moce i przejęciu Agros-Novy mamy w tym roku inne priorytety — tłumaczy współwłaściciel Polmleku. Uważa, że obecnie świetnie sprawdza się model rozwoju sprzedaży poza Polską z pomocą zewnętrznych dystrybutorów.
— Mają wiedzę i doświadczenie, których my nie mamy. Stworzenie własnego zespołu za granicą zajmuje czas i wymaga sporych pieniędzy — dodaje Andrzej Grabowski.
A rentowność tego biznesu, jak twierdzi Dariusz Sapiński, jest coraz niższa. — Kilkudziesięcioprocentowy spadek cen na świecie oznacza coraz mniej wolnego kapitału. Poza tym tak naprawdę nie potrzebujemy zakładów za granicą. Z Polski można sprzedawać wszędzie, jeśli ma się pomysł na innowacyjny produkt. Kraj produkcji nie ma znaczenia — twierdzi szef Mlekovity.
Sto tysięcy właścicieli
Andrzej Grabowski sądzi, że zagranicznym zakupom polskiego mleczarstwa nie sprzyja forma własności. Większość czołowych graczy to spółdzielnie. — Celem spółdzielni jest płacić jak najwięcej za surowiec swoim spółdzielcom, a nie długoterminowo inwestować w odległe projekty, które nie wiadomo kiedy się zwrócą — twierdzi współwłaściciel Polmleku.
Tę opinię podziela Waldemar Broś, prezes Krajowego Związku Spółdzielni Mleczarskich (KZSM). — Mamy 140 tys. właścicieli, którzy muszą wyrazić zgodę na inwestowanie w danym kierunku — mówi Waldemar Broś. Dariusz Sapiński też uważa, że spółdzielczość nie sprzyja ekspansji zagranicznej. — Liczy się bieżący wynik, choć ja staram się planować i patrzeć szerzej — zaznacza prezes Mlekovity.
Jan Dąbrowski tłumaczy, że czołowi polscy mleczarze są duzi w Polsce, ale nie na świecie.
— W tej branży na zagraniczne akwizycje decydują się świtowi giganci jak Danone czy Arla. Przy nich jesteśmy malutcy. Teoretycznie można oczywiście znaleźć podmioty zagraniczne, które będą dla takich koncernów za małe. Jednak przejmowanie nieistotnego gracza nie ma sensu, bo sieci handlowe się rozwijają i też chcą współpracować z dużymi — uważa prezes OSM w Łowiczu. Zdaniem Waldemara Brosia, zakupom za granicą nie sprzyja też specyfika surowca, na którym bazuje branża.
— Producenci soków mogą spokojnie zgromadzić zapasy soku zagęszczonego, producenci mleka — nie. Zapewnienie bezpieczeństwa żywności wymaga od mleczarzy ciągłych inwestycji w technologie — w to muszą angażować pieniądze — mówi prezes KZSM. Jego zdaniem, na akwizycje poza Polską stać dwóch, trzech największych graczy.
— Do wyjścia na zewnątrz potrzebna jest jednak najpierw stabilizacja w kraju — a jej nie ma. Ruszyła produkcja surowca w związku z nadchodzącym uwolnieniem kwot mlecznych, ale producenci płacą olbrzymie kary za przekroczenie limitów. Na to nakłada się światowa dekoniunktura. Sytuacja musi się więc najpierw uspokoić — mówi Waldemar Broś. © Ⓟ