Mniej czy więcej układ równomierny

Kazimierz Krupa
opublikowano: 2005-10-25 00:00

Opada powoli bitewny kurz po wyborach prezydenckich, ale wcale nie oznacza to, że będzie już spokój. Z jednej strony do akcji ruszyli interpretatorzy, gotowi, oczywiście post factum, wytłumaczyć nam każde, nawet najbardziej zaskakujące zjawisko, jakie zaszło w ostatnich dniach przed drugą turą wyborów prezydenckich i w niedzielę. Z drugiej zaś, i to jest znacznie bardziej zajmujące, na poważnie rozpoczęło się układanie rządowych puzzli.

Co prawda niektórzy jeszcze przeżywają wynik wyborów prezydenckich, winą obarczają sondaże opinii publicznej, niektórzy napomykają, że ktoś znowu nie dorósł do demokracji, że trzeba by wymienić społeczeństwo, ale jedno już wiemy: mamy prezydenta. I, jak słusznie stwierdził na gorąco Jan Rokita, jest to prezydent nas wszystkich. Co prawda nie wszystkim jeszcze przeszedł powyborczy szok, bo chyba tylko na karb tego można zrzucić odradzający się tu i ówdzie pomysł „premiera z Krakowa” — ale to minie.

Być może nawet, paradoksalnie, zwycięstwo Lecha Kaczyńskiego ułatwi utworzenie rządu. Część PO, związana emocjonalnie z Donaldem Tuskiem, na razie straciła głos i zachowuje wstrzemięźliwość, ale do ofensywy przeszli ludzie Jana Rokity. Ten polityk traumę powyborczą (po wyborach parlamentarnych) ma już za sobą i postanowił ratować, co się da. Przyszłość jest zbyt wielką niewiadomą, by ryzykować obrażanie się i myślenie o opozycji. Stąd rośnie jego determinacja w dążeniu do utworzenia koalicji.

Z kolei politycy PiS, próbując ogarnąć powyborcze zwycięstwo, zdają sobie sprawę z niezbędnych ustępstw na rzecz koalicjantów, by nie czuli się oni tylko listkiem figowym, bo gdy ten opadnie, może być nieprzystojnie. W efekcie pojawił się termin „mniej więcej”. Ma być mniej więcej tyle samo ministrów z PO co z PiS. To ma zapewniać równowagę. Zasadę równowagi akceptuje Jan Rokita, ale musi ona, jego zdaniem, „uwzględniać też fakt, że prezydentem będzie polityk PiS i premierem też będzie polityk PiS”. Tyle tylko, że Rokita zapomniał, iż to, że politycy PiS zajmują te fotele, nie zostało wydyskutowane przy żadnym koalicyjnym stole, tylko tak zdecydowały wybory powszechne. A zatem jego determinację „aby tę równowagę przywrócić” można rozumieć na przykład tak, że... prymas powinien być z PO albo nie rozumieć wcale. No chyba że on sam, jako wicepremier, chce być ważniejszy od premiera i kierować nim z tylnego fotela. Ale, jak mówią wtajemniczeni, tylny fotel jest już przecież zajęty. Może zatem być tam tłoczno. A i ten kierowany może się pogubić albo wręcz zbuntować. A wtedy o wypadek nietrudno.

Jeżeli dodamy do tego, że w wyniku łączenia wody z ogniem, czyli programu PiS z PO, rządowi koalicyjnemu ma przyświecać z jednej strony zaś obniżenie podatków, a z drugiej zaś — niski deficyt budżetowy, z trzeciej strony — tworzenie nowych miejsc pracy, a z czwartej — ochrona socjalna pracujących i nie, z piątej strony — dbanie o szybki rozwój gospodarczy, a z szóstej — zmiany mechanizmu zarządzania systemem finansów publicznych, to... można się kompletnie pogubić.

I tak to sobie politycy dyskutują, eksperci debatują, ważą, mierzą, deliberują, a przy porannej kawie, lub na niedzielnym obiadku u mamy, spotkają się dwaj panowie Kaczyńscy, porozmawiają jak brat z bratem. I wszystko będzie jasne.