Mocne słowa potentata

Dawid Tokarz
opublikowano: 2004-11-12 00:00

Bank Współpracy Europejskiej balansuje na granicy wypłacalności. Kontrolujący go Aleksander Gudzowaty o kryzys obwinia „działania oszukańcze” poprzedniego zarządu. Sprawę bada prokuratura.

Z Aleksandrem Gudzowatym wprawdzie — mimo prób — nie udało nam się skontaktować, by z nami porozmawiał, ale dotarliśmy do stenogramu z jednego z ostatnich walnych zgromadzeń akcjonariuszy BWE. Znaleźliśmy tam jego ostre, bezkompromisowe słowa. „Niektórzy byli członkowie zarządu uczestniczyli w działaniach inscenizowanych, zmierzających do oszukania lub nawet okradzenia banku. Były to działania na tyle przebiegłe, że nawet audytor miał trudności w ustaleniu rzeczywistego przebiegu zdarzeń” — mówił bez ogródek szef rady nadzorczej BWE.

O tym, że Bank Współpracy Europejskiej (BWE) ma kłopoty, wiadomo nie od wczoraj. Ale ich skala — poraża. „PB” dotarł do informacji, skrzętnie do tej pory przez władze banku skrywanych: w 2003 r. spółka straciła „na czysto” prawie 80 mln zł. Efekt? Współczynnik wypłacalności banku spadł do niewiele ponad 3 proc. (dopuszczalny przez NBP poziom to — minimum — 8 proc.). Czy to tylko efekt nieudolności, lekkomyślności poprzednio zarządzających bankiem?

Rada nadzorcza już ponad rok temu skierowała do prokuratury zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa przez poprzednie zarządy banku. Czego ono dotyczy?

Zarządzanie z gestem

Według naszych informacji, badane są m.in. zarzuty o zastanawiający brak: monitorowania spłaty trudnych kredytów i należytej troski o zabezpieczenie interesów banku przy sprzedaży wierzytelności wartości prawie 30 mln zł zewnętrznym firmom windykacyjnym, a także o nieprawidłowości księgowe.

Pod lupą organów ścigania znalazła się też sprawa kredytu dla spółki ADD, producenta sprzętu turystycznego sprzedawanego pod marką Alpinus. ADD nie spłacało pożyczki i bank przejął jako zabezpieczenie znaki towarowe Alpinus. I zwolnił producenta odzieży z długu... Zdaniem obecnych władz BWE, znaki te są warte znacznie mniej niż wierzytelność, która przekraczała 20 mln zł.

Urszula Mleczko, urzędujący prezes Banku Współpracy Europejskiej, w rozmowie z nami przekonywała jednak, że — jeśli umowa ze spółką Euromark, która ostatnio kupiła prawa do marki Alpinus, będzie realizowana zgodnie z założeniami — do 2010 r. możliwe jest odzyskanie całej kwoty.

— O postępowaniach prokuratorskich, dotyczących działań poprzednich zarządów na szkodę BWE, nie chcę nic mówić... Aż do zakończenia śledztwa. Najważniejsze są prace zmierzające do poprawy kondycji banku. Na tym się obecnie koncentruję — ucina Urszula Mleczko.

A co to za działania? Między inymi pozbycie się zbędnych aktywów. Poza prawami do marki Alpinus, BWE sprzedało ostatnio niewielki pakiet akcji Korporacji Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych (nabywcą był państwowy Bank Gospodarstwa Krajowego). Poszukuje też chętnego do kupna udziałów i akcji w innych podmiotach. Ale wydaje się, że realną wartość przedstawia jedynie pakiet prawie 14 proc. akcji Polskiego Towarzystwa Reasekuracyjnego. Znacznie trudniejsze będzie wyjście z sukcesem z innych spółek, takich jak Dom Inwestycyjny BWE (w likwidacji), BWE Service (zaprzestała działalności), Polski Inwestor (miała zająć się sekurytyzacją wierzytelności służby zdrowia — nic z tego nie wyszło) czy Frotex (tylko w 2003 r. bank stracił na jej akcjach prawie 2 mln zł).

A zatem — pod górkę.

Termin po terminie

Czy pieniądze klientów BWE są bezpieczne? Urszula Mleczko, prezes tego jednego z mniejszych, ale budzących spore zainteresowanie banków (kredyt mieszkaniowy spłaca w nim m.in. Leszek Miller), uspokaja...

— Wcześniej zajmowałam się restrukturyzacją banków spółdzielczych i wiem, jak to się robi. Wierzę, że praca, którą wykonuję od roku w BWE, nie pójdzie na marne, a pieniądze, włożone do banku przez depozytariuszy, są bezpieczne — przekonuje.

Już w 2001 r. Komisja Nadzoru Bankowego (KNB) zobowiązała ówczesne władze banku do opracowania programu naprawczego. Zyskał on akceptację komisji (w październiku 2002 r.). Ale większości z jego założeń nie zrealizowano. Konsekwencje? W sierpniu 2003 r. KNB zażądała skorygowania programu.

Tymczasem sytuacja banku stale się pogarszała. Świadczyć może o tym choćby dokument z listopada 2003 r., w którym KNB „mając na względzie bezpieczeństwo gromadzonych w banku środków” nie zgodziła się na poszerzenie przedmiotu jego działalności o dokonywanie obrotu instrumentami pochodnymi (np. opcjami walutowymi czy kontraktami terminowymi), argumentując to m.in. „trudną sytuację finansową”. Aby ją poprawić — należało spółkę szybko dokapitalizować.

Nowy zarząd (z Urszulą Mleczko na czele) przygotował plan: do końca I kwartału 2004 r. do BWE miało wpłynąć 40 mln zł. Skończyło się na nadziejach... I znów należało program poprawić. Tym razem KNB zobligowała bank do podwyższenia kapitału w dwóch transzach: 20 mln zł do końca sierpnia i 20 mln zł do końca grudnia 2004 r. Kolejny termin (sierpniowy) nie został jednak dotrzymany...

— Aleksander Gudzowaty (z synem Tomaszem — znanym fotografikiem — i główną swoją spółką — Bartimpexem ma w sumie 80 proc. akcji BWE — przyp. aut.) zorientował się lepiej w kondycji banku i nie chciał wykładać kolejnych pieniędzy. Zaczęło się poszukiwanie inwestora — wyjaśnia nasz informator.

Media co rusz cytowały przedstawicieli BWE, mówiących o rozmowach z „wieloma podmiotami”. Wśród nich pojawił się m.in. egzotyczny Bank of Jordan.

— Oferta Jordańczyków była najpoważniejsza... Kiedy jednak informacja o ich zainteresowaniu przedostała się do prasy — wycofali się. Innym inwestorom trudno było pogodzić się ze stanowiskiem Gudzowatego, który chciał pozostawić sobie kontrolny pakiet akcji. I stąd fiasko całej operacji — mówi osoba z kręgu władz BWE.

Bank na gwałt potrzebował jednak pieniędzy. Z pomocą przyszedł Bartimpex: w marcu 2004 r. udzielił BWE pięcioletniej pożyczki wysokości 5 mln zł. KNB zgodziła się zakwalifikować ją jako tzw. zobowiązanie podporządkowane, zwiększające fundusze uzupełniające. To pozwoliło na niewielką poprawę współczynnika wypłacalności, ale nie rozwiązało problemu zbyt niskich kapitałów.

— Nie ma wątpliwości, że bank potrzebuje dokapitalizowania. Trwają rozmowy z dwoma zainteresowanymi inwestorami i wierzę, że do końca roku zakończą się sukcesem. Wsparcie dla banku deklaruje też główny akcjonariusz — w grę wchodzi np. kolejna pożyczka podporządkowana — twierdzi Urszula Mleczko.

Jakiś czas temu przyznała, że — by rozwiązać wszystkie problemy banku — przydałoby się nie 40, a 140 mln zł...

Co dalej?

Intensywnemu poszukiwaniu inwestora nie sprzyjają wydarzenia jednego z ostatnich WZA banku.

— Straty za 2003 r. nie pokryto z kapitałów własnych, a z ewentualnych przyszłych zysków z lat 2004-09. Trudno wyobrazić sobie, by jakiś inwestor wszedł do spółki bez „wyczyszczenia” tej straty — twierdzi nasz informator.

Możliwości takiego „wyczyszczenia” strat nie wyklucza i prezes Mleczko.

A strata za 2003 r. jest niebagatelna — aż 78,5 mln zł! Nic dziwnego, że władze banku od kilku miesięcy konsekwentnie nie chciały ujawniać jej dziennikarzom. Z dokumentów, do których dotarliśmy, wynika też, że współczynnik wypłacalności banku na koniec 2003 r. wynosił 3,07 proc., a więc znacznie mniej niż wymagane przez NBP minimum. Urszula Mleczko zwraca jednak uwagę, że w tym roku wskaźnik ten ulega stopniowej poprawie i teraz przekracza już 10 proc.

Inne dane ze sprawozdania finansowego za 2003 r., do którego mieliśmy wgląd, także są niepokojące. Na koniec 2003 r. aż niemal 43,5 proc. z wszystkich kredytów (na łączną sumę 276,4 mln zł) zaklasyfikowano do najniższej w bankowości kategorii „stracone”. Wskaźnik jakości portfela kredytowego (wskazuje odsetek kredytów, których spłata jest zagrożona) wynosił prawie 74 proc.! Nic dziwnego, że w konkluzji raportu rewidenci z firmy audytorskiej Deloitte napisali m.in., że „kontynuacja działania uzależniona jest w znacznym stopniu od akceptacji przez KNB planu postępowania naprawczego — w tym zapewnienia wsparcia finansowego. W przypadku zaprzestania kontynuacji działalności wartość realizacji aktywów i pasywów może istotnie różnić się od ich wartości bilansowej”.

A światełko w tunelu? Po raz pierwszy od trzech lat audytor nie miał zastrzeżeń merytorycznych do ksiąg rachunkowych spółki. Urszula Mleczko przekonuje, że duża strata za 2003 r. to efekt nieprawidłowego klasyfikowania należności banku przez poprzednie zarządy (jej zdaniem już za 2001 r. należało utworzyć rezerwy na 17,5 mln zł, a za 2002 r. — na kolejne 25 mln zł).

Aby się fiansowo wzmocnić, BWE stara się też poprawiać windykację kredytów.

— Komisja Nadzoru Bankowego stale kontroluje nasze działania. Gdyby ich nie akceptowała, reagowałaby ostrzej — zapewnia Urszula Mleczko.

Właśnie. Jakie jest obecnie stanowisko KNB w stosunku do działań BWE? Nie wiadomo. Przedstawiciele nadzoru odmówili odpowiedzi na nasze pytania, argumentując dziwacznie, choć chyba dla BWE niepokojąco: „z uwagi na konieczność zapewnienia stabilności systemu bankowego”. Dziwacznie, ale nie bezsensownie.

— Dlaczego KNB, mimo niedotrzymywania kolejnych terminów dokapitalizowania, nie reaguje ostrzej? Proste. Sporą część z zagrożonych obecnie kredytów BWE udzielał w konsorcjach z innymi bankami. Ewentualne nerwowe kroki nadzoru odbiłyby się na całym sektorze bankowym — wyjaśnia prezes jednego z banków.