Znowu tylko wyniki spółek odpowiadały za akcję na giełdach w USA. Tygodniowe dane o bezrobociu w USA były zgodne z prognozami i nie miały wpływu na rynek. Podobnie zresztą było z indeksem wskaźników wyprzedzających koniunkturę w gospodarce (LEI). Inwestorzy na chwilę odłożyli na bok obawy o wybuch wojny, chociaż niewątpliwe atmosfera nie była najlepsza. Wyniki spółek też były bardzo różne.
AT&T podał, że miał większą od prognoz stratę i zapowiedział, że 2003 rok będzie czwartym z kolei rokiem spadku sprzedaży. BellSouth oświadczył, że zyski w czwartym kwartale spadły, bo kliencie rezygnowali z abonamentów. Caterpillar ostrzegł, że zyski w tym roku spadną, a przychody będą bez zmian. Eli Lilly zapowiedział, że zyski będą gorsze od prognoz. McDonald’s zanotował pierwszą w historii stratę I zapowiedział, że oczekiwanie dwucyfrowego wzrostu jest nierealne.
Tylko sektor TMT był mocny. Spółki podawały lepsze od prognoz wyniki, ale trzeba pamiętać, że te prognozy były mocno zaniżone. Po wynikach Texas Instruments wzrastał sektor produkcji półprzewodników, a PeopleSoft i Siebel pomagały spółkom produkującym oprogramowanie. W pierwszej części sesji wzrastał tylko NASDAQ i tez niezbyt pewnie. Rynek ruszył do góry dopiero od około 19.00, kiedy na rynek zaczęły docierać pogłoski o możliwym zwiększeniu wydobycia ropy przez Wenezuelę i jednocześnie inwestorzy dowiedzieli się, że znacznie wzrosły zapasy tego surowca. Odbicie po prostu należało się rynkom amerykańskim, bo indeksy były już mocno technicznie wyprzedane.
W Eurolandzie powstała wczoraj doskonała sytuacja do wywołania wzrostów, jednak załamały się one już po godzinie. Inwestorzy za bardzo bali się geopolityki. Wyniki Nokii też nieszczególnie pomogły, bo spółka zapowiedziała, że pierwszy kwartał będzie dla niej trudny. W końcu rynki, pociągnięte perspektywą odbicia w USA, ruszyły do góry, ale kompletnie bez przekonania, co w wyniku dało zamknięcie w okolicach zera – nie było to zachowanie zachęcające do kupna akcji.
U nas zarządzający wiedzieli, że indeksy w USA stoją tuż nad ważnymi wsparciami, a środowa obrona wsparcia na WIG-20 i dobre nastroje przed sesją w USA umożliwiły odbicie. Nawet osłabianie się złotego i słabe zachowanie rynków Eurolandu nie przeszkadzało WGPW, chociaż skalę wzrostu z pewnością ograniczyło.
W czasie takiego odbicia rosną najbardziej przecenione walory, ale u nas od dłuższego czasu najsilniejszy był sektor TMT, a dobre informacje ze spółek amerykańskich też pochodziły z tego sektora. Nic więc dziwnego, że jednak sektor TMT był silniejszy od bankowego. Nadal mocny był tandem Prokom – Softbank. Być może siła tych spółek wynika z oczekiwania na jakąś informacje. Rósł również kurs KGHM – rosnące ceny miedzi i słabnący złoty to dokonała kombinacja dla tej spółki. Odbijał kurs Agory - wielką „story” było postępowanie wyjaśniające w sprawie sprzedaży akcji przez zarząd. Uważam, że to burza w szklance wody. Gdyby rzeczywiście zarząd przewidywał, że Rywingate i informacje o zysku operacyjnym wpłyną mocno na kurs spółki to sprzedałby wielokrotność 21 tys. akcji.
Dzisiaj nie będzie już lawiny wyników spółek, ani danych makro z USA, więc rynki będą na łasce day traderów i polityków. Nie traktowałbym ewentualnego wzrostu jako początku nowej fali – to będzie tylko odbicie, które może potrwać od pół do dwóch sesji. Wydaje się, że fundusze za wszelką cenę chcą oddalić indeks od wsparcia na WIG-20 (1150 pkt.), którego przełamanie wywołałoby lawinę podaży. Pytanie czy tak dużym wysiłkiem warto to robić. Opór podaży zagranicznej jest duży i można było kupić te akcje taniej. Chyba, że właśnie o to chodziło, żeby je odkupić drogo od zagranicy, ale to pewnie jedynie niecne podejrzenia z mojej strony. Uważam, że wzrost w USA to tylko odbicie w trendzie spadkowym, więc kupując akcje trzeba mieć rękę na spuście.