Święconkę zanieśli do jezuitów — kościółka, gdzie wnukowie byli chrzczeni. A te dziwne imiona? Wymyślili je Kuba i Antoś, każde ma, rzecz jasna, swoje źródło. I dobrze... Tylko trudno spamiętać.
Dziador (Daniel Olbrychski), Bibek (Kubuś, starszy wnuk aktora), Telur (Antoś, wnuk młodszy), Szczek (Monika Dzienisiewicz, babcia Kubusia i Antosia, pierwsza żona Olbrychskiego), Jolo (Andrzej Kopiczyński, mąż Moniki), Rysiul (Krystyna Demska, impresario i partnerka Olbrychskiego), Tit (Rafał, syn Moniki i Daniela, ojciec Kubusia i Antosia) i Ewcikorek (żona Rafała) — w takim gronie rodzina aktora spędziła ostatnią Wielkanoc w domu, w małej, ongiś rybackiej wiosce, w okolicach Kazimierza.
Widok na rzekę
Dom stoi na wzniesieniu, zwykłym samochodem dojechać nie można. Trzeba terenowym — łąką, ostro pod górkę. Drewniany, zbudowany z bali, na podmurówce. Okiennice. Dach kryty strzechą. Wzdłuż ścian tarasik z grubą drewnianą poręczą.
Widok z tarasu zapiera dech. Można się gapić cały dzień i jeszcze się człowiek nie napatrzy... Zielone zbocza i zakole Wisły, która znika za górą. Bliżej przeprawa przez rzekę i typowy wiślany zarośnięty brzeg, gdzieniegdzie z wąziutką piaszczystą plażą.
— Chałupa znaleziona gdzieś tam i przywieziona tutaj. Dom jest, jaki był — kryty strzechą. To trzcina z Suwałk — trwała, impregnowana i bezpieczna — opowiada Daniel Olbrychski. — Dla mnie najważniejsze było zachowanie charakteru domu i otoczenia. Kiedy instalowałem podesty, tarasik — jeździłem na tamtą górę i patrzyłem, czy coś nie zakłóca harmonii. W sumie jest tak samo skromnie, tylko trochę wygodniej.
Na furtce tabliczka: „Uwaga zły pies, a gospodarz jeszcze gorszy”. Przed domem biega maleńka suczka york. Widać nie taka zła...
— Kiedyś weszły tu dwie turystki — śmieje się Krystyna Demska. — Daniel siedział na tarasie w majtkach, boso... A one nic, idą śmiało i rozmawiają ze sobą: „Zobacz, siedzi... Widzisz można obejrzeć...”. Daniel ukłonił się i spytał, czego sobie życzą, a one bez żadnych wstępów: „Obejrzeć dom”. Na to Daniel już nie wytrzymał: „Ale to nie muzeum, ja jeszcze żyję...”.
Opowieść
— Wiedziałem, że moja była żona Zuzia przyjechała tu z małą jeszcze naszą córką Weroniką — do przyjaciół na weekend. Jechałem do Krakowa, gdzie kręciłem film o papieżu i pomyślałem: wpadnę do nich. Ciemno, deszcz, nigdy wcześniej tu nie byłem... Ale dojechałem, po omacku wzdłuż płotu dotarłem do furtki. Wszedłem. Zuzia rozmawiała z ówczesną właścicielką domu, moją obecną sąsiadką, która właśnie chciała sprzedać ten dom. To było w 1987 roku, bezpośrednio po moim przyjeździe z Niemiec. Miałem w kieszeni kilka tysięcy marek. „Kupię ten dom” — zdecydowałem. Wpłaciłem zaliczkę. Gdybym nie miał wtedy forsy przy sobie, to bym go nie miał... Decyzję podjąłem w pięć minut, nawet nie widząc, jak to wygląda na zewnątrz. Z opowieści wynikało, że jest z widokiem na Wisłę...
Później była umowa, akt notarialny. W końcu sąsiad przywiózł mnie tu w dziennym świetle i powiedział: „Zobacz wreszcie, co kupiłeś”.
W środku
Najważniejsza w tym domu jest kuchnia. Na środku stół, nad nim lampa — domownicy już się do niej przyzwyczaili, goście regularnie walą o nią głowami... Wszędzie mnóstwo starych, stylowych sprzętów. Daniel Olbrychski opowiada, że to głównie córka Weronika wyszukuje je i przywozi, ale sam też sporo przytargał z różnych jarmarków.
Wprost z kuchni wchodzi się do dużej sypialni. Obok maleńka toaleta i przejście do drugiej, gościnnej sypialni. Na ścianach huculskie kilimy. Można je kupić na targu w Kazimierzu.
Na górze urzędują wnuki. Cały mieszkalny strych i pokój kąpielowy z ogromną wanną do ich dyspozycji.
W piwnicy — murowana sala z kominkiem, tam można pracować, i jeszcze jedna łazienka.
Opowieść
— Mam już plan do śmierci. Wiem, gdzie szukać spokoju, gdzie chcę się starzeć... Owszem, kocham Paryż i kiedy idę rue Saint Dominique, serce bije mi szybciej. Mieszkałem tam 10 lat, znam sklepikarzy, fryzjera, kelnerkę z kawiarni... Wzruszające, kiedy mnie witają: „Bonjour, monsieur Daniel!”. Ale nie chciałem umierać w Paryżu. Na szczęście w Polsce tak wiele się zmieniło. Mogłem wrócić. Jestem związany z każdym miejscem, w którym żyłem. Z każdym inaczej. Tu jestem wtopiony w naturę. Nie chciałbym, by za płotem ktoś zamieszkał. Przyjechać, odwiedzić — tak. Zamieszkać obok — nie... Trzeba mieć trochę przestrzeni. Trochę. I tę przestrzeń chciałbym zachować.
Z drugiej strony domu — łąka, wykoszona jakieś półtora metra od schodków tarasu. Pies znika w wysokiej trawie. Aktor podąża za nim wzrokiem.
— Wykorzystujemy tyle miejsca, ile potrzebujemy. Nie kosimy. Ta trawa przydaje się sąsiadom. Wypasają tu swoje krowy, a w zamian mamy mleko, jajka... — mówi.
W Kazimierzu
W miasteczku oglądamy rynek, przysiadamy na lampkę wina w ogródku jednej z kawiarenek. Ludzie kłaniają się Olbrychskiemu, on odpowiada. Z niektórymi wita się, podając rękę. Wymienia uwagi ze znajomymi na ławeczkach. Parę autografów. Sympatycznie. Antoś i Kubuś szaleją po rynku, wymieniają drobne pieniądze na słodycze i pamiątki. Znają tu wszystkich i wszyscy ich znają. Są u siebie.
— Tu odbywa się festiwal filmów. Czasem jakiś przywiozę zaprezentować. W tym roku to film niemiecki „Nietschewo” — dostał główną nagrodę w Weronie na festiwalu filmów miłos-nych. Proszę bardzo — niemiecki film w Kazimierzu! — mówi Daniel Olbrychski.
Znów ktoś podchodzi, prosi o autograf. Wnuki protestują. Nawet kupiły Dziadorowi koszulkę z napisem „Zakaz fotografowania”.
Opowieść
— Mam trzy wspaniałe domy, a właściwie domki: wszystkie nieduże. Ten w miasteczku, w którym się wychowałem, na Podlasiu, zbudowałem sam. W miejscu, gdzie kiedyś jeździłem na nartach. Ziemia już była. Po 20 latach stała się budowlana. Tylko trzeba było zbudować 200 m asfaltowej stromej drogi. W domu są trzy poziomy, w tym murowana mieszkalna piwnica, też z widokiem, tym razem na Bug. W Podkowie Leśnej mieszkam. Skromnie. Najpierw postawiłem gotowy domek fiński. Jeździliśmy tam na święta, weekendy... Później zbudowałem dom murowany — tych samych gabarytów. Dla małej rodziny. A to miejsce? Zakochałem się w nim. Tak niedaleko od jednego z najpiękniejszych miasteczek na świecie. W kilka minut mogę być na rynku w Kazimierzu, gdzie są restauracje, jestem w tłumie, a już za następne 10 minut mogę być zupełnie sam. To prawdziwy dom. I zwyczajny. Był azylem dla wielu. Grzegorz Ciechowski w tej piwnicy stworzył jedną ze swoich płyt. Józefowicz ze Stokłosą pracowali nad „Metrem”. Na tym tarasie podjąłem kilka ważnych w moim życiu decyzji.
Czy nie ma problemu z wyborem miejsca, gdzie zakotwiczyć?
— Często. Na przykład myślę sobie: gdzie sylwester? To w końcu sprawa intymna. Nikt mnie nie namówi na spędzenie go na tłocznym bankiecie. Tylko i wyłącznie z kilkoma przyjaciółmi, nie więcej jak kilkanaście osób, mogę wypić na zdrowie... Jeżeli w Podkowie — to z Jurkiem Radziwiłowiczem i z jego żoną Ewą. Jeżeli na Podlasiu — z moimi przyjaciółmi, Chlebińskimi.
