Najbardziej wirtualnym przedsięwzięciem energetycznym dotychczas był ropociąg z Brodów do Płocka, którym surowiec z Azji „popłynął” już wielokrotnie — tylko w ustach premierów Polski i Ukrainy. Od piątku do tej kategorii dołączył tzw. most energetyczny między Polską a Litwą. Umowę o przystąpieniu do jego budowy Polskie Sieci Elektroenergetyczne i Lietuvos Energija podpisały w Wilnie w obecności premierów Jarosława Kaczyńskiego i Gediminasa Kirkilasa. Chodzi o zbudowanie z Ełku do Alytusu (Olity) linii przesyłowej — dwa razy po 400 kV, moc znamionowa każdej nitki 500 MW. Odcinek polski liczy 106 km, litewski zaś 48, całość ma kosztować 300 mln EUR, a budowa potrwa z sześć lat.
Most na razie ma fundamenty polityczne, innych brakuje — choćby studium oddziaływania na środowisko. Poza tym eksport z Polski będzie miał sens tylko wtedy, gdy rozbudowana zostanie Ostrołęka lub wzniesiona w tamtym regionie nowa elektrownia — przesył z głębi kraju wiązałby się ze zbyt dużymi stratami energii. Warunkiem wykorzystania transgranicznego mostu do naszego importu jest natomiast zbudowanie w Ignalinie bezpiecznej elektrowni atomowej na miejscu poradzieckiej, która jako obiekt klasy Czarnobyla zostanie do roku 2009 zamknięta.
Premier uzgodnił z szefami rządów Litwy, Łotwy i Estonii, że Polska włączy się jako równy udziałowiec do budowy nowego Ignalina o mocy 1600 MW, które ma zostać wzniesione za 3 mld EUR do 2015 r. Państwa bałtyckie postawiły nam jeden, ale ostry warunek — udział Polski nie może tej inwestycji opóźnić...