Budując przywołane w tytule mosty „dla pana starosty” uczestnicy dziecięcej zabawy z XIX wieku deklarowali jeszcze „tysiąc koni przepuszczamy, a jednego zatrzymamy”. Po mostach zwiększających energetyczne bezpieczeństwo nie tylko Polski, ale całego naszego regionu na razie nie cwałują żadne konie — ani mechaniczne, ani elektryczne, ani gazowe, ani naftowe. Przez cały okres przemian ustrojowych integracja infrastruktury naszej części Europy pozostaje w sferze politycznego chciejstwa.
Dlatego ożywienie tych inicjatyw jest wątkiem, w którym polityka braci Kaczyńskich zyskuje bodaj najwyższy poziom akceptowalności społecznej, a nawet milczące poparcie opozycji — tym bardziej, że inwestycje energetyczne są wyjątkowo czaso- i kapitałochłonne. Śmietankę z nich spijają wcale nie ci, którzy kładli podwaliny. Uczy tego historia — dzisiaj rynki emocjonują się akcjami Orlenu i Lotosu, ale z dziejów Płocka i Gdańska nie da się wymazać, że na starcie obie rafinerie były oczkami w głowie kolejnych pierwszych sekretarzy PZPR, odpowiednio — Gomułki i Gierka. Decydując o ich wzniesieniu towarzysze myśleli o bezpieczeństwie energetycznym kraju, tak jak je wówczas postrzegali.
W minionym tygodniu premier Jarosław Kaczyński spotkał się z szefami rządów Ukrainy i Litwy. Z wypowiedzi naszych sąsiadów znowu przebijało rozczarowanie wieloletnią niemocą decyzjną ekip rządowych w Polsce. Litewski premier Gediminas Kirkilas doczekał się terminu sfinalizowania koncepcji mostu energetycznego. Jednym z jego wątków może być elektrownia atomowa w Ignalinie. Ta groźna dla otoczenia, w konstrukcji podobna do czarnobylskiej, fabryka taniego prądu zostanie do roku 2009 wygaszona. Ale na jej miejscu Litwa wzniesie nowy obiekt, w pełni bezpieczny, kapitałowo wsparty przez budżet UE — a może i inwestorów polskich? Mielibyśmy tuż za granicą pierwszą częściowo polską elektrownię atomową. Wszelkie takie projekty są bardzo interesujące, ale wciąż pozostają w sferze wirtualnej. Kiedy hasło bezpieczeństwa energetycznego wreszcie zaowocuje konkretami?