Możemy narzucać tempo pozostałym

Jarosław Sroka
opublikowano: 2004-05-04 00:00

Dogonienie gospodarek krajów tworzących pierwszą „piętnastkę” krajów Unii Europejskiej ma zająć Polsce 60 lat. I to nie krajów najzamożniejszych, ale ciągnących się w ogonie tego peletonu. Paraliżująca perspektywa? Nie. Tylko 60? Po prawie 50 latach budowania fikcyjnej potęgi gospodarczej i tłumienia ducha przedsiębiorczości nie wydaje się to zadaniem ponad nasze siły. Wierzę, że damy radę. Dlaczego?

Argumenty są oczywiste — znaczący rynek zbytu i ośrodek produkcyjny, silny wzrost gospodarczy, przebojowi przedsiębiorcy, doskonale wykształcona młodzież. To tylko wycinek tej listy. Niestety, spis naszych grzechów jest równie pokaźny — krótkowzroczni politycy, rozpad systemu zabezpieczeń społecznych, korupcja, biurokracja, zdemontowana służba zdrowia, realna groźba katastrofy finansów publicznych, populizm, bezrobocie.

Różnice między nowymi i starymi członkami Unii są widoczne gołym okiem. Determinacji starych i nowych członków w procesie budowania wolnorynkowych gospodarek oraz społeczeństwa obywatelskiego nie można jednak porównywać. Nie mam wątliwości, że Polska może i będzie równorzędnym partnerem europejskich prymusów, bo chce i potrafi się uczyć. Dowiodła tego w ciągu kilku ostatnich lat transformacji. I nic w tym wstydliwego, że jeśli tej wiedzy nie zdobędzie na naszym kontynencie, to powinna jej szukać poza ostatnio nieco zagubioną i podskórnie podzieloną Europą.

I dlatego właśnie tytuł „amerykańskiego konia trojańskiego” (jaki się nam czasami przypisuje) nie musi być piętnem w okresie, w którym stara Europa nie kryje fascynacji dla amerykańskiej sprawności i konsekwencji w zakresie budowania konkurencyjnego, globalnego systemu gospodarczego.

Adaptacja nowych krajów w UE nie będzie jednak łatwa. Adaptacja starych krajów do nowych warunków, po rozszerzeniu, będzie jeszcze trudniejsza. Spory o konstytucję, budżet czy przestrzeganie narzuconych sobie standardów makroekonomicznych będą już tylko ostrzejsze. Duzi będą chcieli udowodnić, że mogą więcej, mniejszym nie będą wybaczane najmniejsze potknięcia. Czy zatem warto było zabiegać o miejscówkę w tym pociągu wciąż mknącym w bliżej nieokreślonym kierunku?

Tak. Choćby po to, by nie być pominiętym w procesie budowy liberalizującej się gospodarki światowej. Dla demokracji, wolnorynkowego społeczeństwa, szacunku dla wspólnego prawa. Dla udowodnienia tezy, że rzeczywiście idą czasy „Europy dwóch prędkości”, z tym, że właśnie Polska będzie wśród krajów, które będą narzucać tempo innym. Wreszcie dlatego, by po prostu było nam raźniej przez tych najbliższych 60 lat. A może znacznie mniej?