Jest mało prawdopodobne, byśmy już w 2009 r. zamienili złote na walutę europejską. Mimo chęci ministra finansów.
Na rozpoczynającym się dziś szczycie UE w Brukseli ma zapaść decyzja w sprawie reformy paktu stabilizacji i wzrostu. Po niedzielnym spotkaniu unijni ministrowie finansów doszli do wstępnego porozumienia. Nie powiodły się polskie plany, by zobowiązania państwa wobec OFE traktować jako część sektora finansów publicznych, co zmniejszyłoby deficyt budżetu o 1,5 pkt proc. poniżej 3 proc. PKB.
Wstępnie zgodzono się jednak na odpisywanie do 2008 r. części kosztów reformy emerytalnej (w 2005 r. — 80 proc., za rok — 60 proc., w 2007 r. — 40 i w 2008 r. — 20 proc.). Według Mirosława Gronickiego, ministra finansów, uzgodnienia te są zadowalające, a polskim celem pozostaje przyjęcie euro w 2009 r.
— To bardzo optymistyczny scenariusz. Realniejsze wydają się lata 2010-11 — uważa Stanisław Kluza, główny ekonomista BGŻ.
Według Agnieszki Decewicz, analityka Pekao, termin wejścia do strefy euro zależeć będzie od polityki fiskalnej przyszłego rządu.
— Nie wiemy, czy ekipa wyłoniona w wyborach zdecyduje się na cięcie wydatków zaproponowane przez ministra Gronickiego, czy wybierze łagodniejszą ścieżkę zmniejszania deficytu, co odsunęłoby w czasie sprostanie kryteriom z Maastricht — uważa ekonomistka.
Tymczasem według Łukasza Tarnawy, głównego ekonomisty PKO BP, zaproponowane w pakcie zmiany, nawet jeśli zostaną przyjęte, nie przybliżą nas do euro.
— Dotyczą tylko procedury nadmiernego deficytu. Dzięki nim Komisja Europejska nie obetnie środków z funduszy spójności. Inną kwestią są kryteria z Maastricht, które trzeba spełnić przed przyjęciem euro. Te nie uległy zmianie — tłumaczy Łukasz Tarnawa.
Jego zdaniem, nawet gdybyśmy mogli odliczyć część kosztów reformy emerytalnej w sposób, jaki zaproponowali ministrowie finansów, nie udałoby się nam zejść z deficytem poniżej 3 proc. PKB w 2007 r.
— A to oznacza, że na euro w 2009 r. nie ma szans. Najbliższy termin to początek 2012 r. — dodaje ekonomista PKO BP.