Drapieżnik na lodowej górze

Obserwator jego życia na Instagramie powie: w czepku urodzony. Ulica dorzuci szczyptę hejtu, wypomni „bogatego tatusia”. Twórca sukcesu Codewise, ledwie 30-letni, dopowie swoje — o gorzkim posmaku nootropików, krótkich snach o hazardzie i mozolnym przełamywaniu samego siebie.

Wymalowana złotą farbą twarz bohatera niniejszego tekstu bije z okładki.

Wyświetl galerię [1/2]

Robert Gryn Marek Wiśniewski

Do tego zestawienie bajecznych obrazków z jego życia. Cóż to? Zaledwie czubek góry lodowej. Nie będzie to zatem wstęp do historii o młodym multimilionerze, któremu z facjaty nigdy nie schodzi śnieżnobiały uśmiech i który co dzień rano budzi się radosny pod kołdrą wypchaną studolarówkami. Czubek góry lodowej oznacza, że nie wszystko złote, co się świeci. Że sesje na Instagramie to jedynie wyrwane z kontekstu klatki. Że pod powierzchnią wody w lodowej bryle są upór, szczęście, talent, mordercza praca, pomysł. Że w zimnym oceanie pływają też rekiny, wliczone w rachunek bycia złotym dzieckiem polskiego biznesu, jak go ochrzciły niektóre media, gdy okazało się, że Robert Gryn wskoczył do elity najbogatszych Polaków.

— W życiu i biznesie jestem osobowością skrajną. To nieraz dobre, a nieraz bardzo złe. Myślę o tym, czy jest teraz świeży śnieg w Zermatt, by pojechać na heliskiing, naładować baterie i buchać kreatywnością w firmie. Nie zajmuje mnie polityka, nie wiem, kto i gdzie ma wpływy. Ale wiem, co to znaczy płacić wysoką cenę za stres i zmagać się ze stanami lękowymi i wieloletnią bezsennością — mówi Robert Gryn.

I zachęca, by nie pisać o nim, używając kliszy „piękny, młody, bogaty, używający życia”, ale po prostu dotrzeć tam, gdzie pod złotą maską jest człowiek.

Lawina z banera

Jesienią 2016 r. po raz pierwszy szerzej się otworzył na media, opowiadając o swoim Codewise, parającym się marketingiem internetowym. Cele miał dwa: po pierwsze, zainspirować swoich równolatków, pokazać, że się da. A po tym, jak spółka przeniosła się do naprawdę wypasionej siedziby w centrum Krakowa, chciał też skusić najlepszych speców od IT w Polsce.

Zapłacił kilkaset tysięcy za kampanię brandingową, w której uśmiechnięty nawoływał: „Don’t be a corporate slave”, kusząc przyszłych współpracowników. Plakat był największym banerem w Polsce i podkręcił machinę szaleństwa wokół ledwie 30-letniego Roberta Gryna. Doszedł do tego tekst w „Pulsie Biznesu” i lawina ruszyła. Wkrótce Deloitte nagrodziło Codewise jako trzecią najszybciej rosnącą spółkę technologiczną w Europie, Afryce i na Bliskim Wschodzie. Ot, 13 tys. proc. przez cztery lata.

— Nagle zacząłem odbierać masę telefonów, maili, gratulacji, zaproszeń. Ale tak naprawdę nie potrzebuję poklasku, drażnią mnie tabloidowe tytuły na mój temat, wyrwane z kontekstu cytaty. Właśnie widziałem tekst o sobie na internetowym Kozaczku, zupełnie oderwany od rzeczywistości. To mi podnosi ciśnienie. Ale akcja brandingowa zdała egzamin, dziś nie mamy żadnych problemów rekrutacyjnych, zgłaszają się do nas świetni ludzie i wiem, że mamy ekipę zdolną robić niezwykłe rzeczy w świecie technologii i marketingu — zapewnia Robert Gryn.

Ciemne strumienie

Podstawowy problem z Robertem Grynem jest jeden i nie są to wcale kłujące niektórych w oczy kolorowe selfie w mediach społecznościowych, podziwiane przez dziesiątki tysięcy obserwujących profil przedsiębiorcy. Zagadka niemała to wyjaśnienie, czym zajmuje się jego firma. Definicja „marketing internetowy” to dla Codewise wytrych słowny skracający długi wywód na temat niuansów i zakamarków świata reklamy w internecie.

— Szybko nie da się tego do końca wytłumaczyć. Szczerze? Mnie samemu zrozumienie wszystkich mechanizmów zajęło kilka lat i mam świadomość, że pracuję z ludźmi nieraz lepiej znającymi szczegóły tego, na czym i jak zarabiamy — przyznaje Robert Gryn. Jego spółka w 2016 r. miała 132 mln zł przychodów i 30 mln zł zysków. W tym roku będzie o co najmniej kilkadziesiąt procent więcej. Skąd? Spróbujmy rzucić nieco więcej światła na liczne strumienie, którymi płyną setki milionów dolarów od reklamodawców wszelkiej maści, a których efektem są reklamy na ekranach komputerów i komórek.

Okienka życia

Zeropark to odnoga przynosząca 80 proc. przychodów Codewise’a i finansująca powstanie drugiego produktu — Voluum, działającego w modelu miesięcznej opłaty za dostęp do oprogramowania (tzw. SaaS). Zeropark po kilku przekształceniach trafił w sedno rynku, stając się platformą umożliwiającą realizację i zakup kampanii reklamowych m.in. w postaci tzw. pop-upów, wyskakujących okienek, i reklam mobilnych na najlepszych reklamowo rynkach (czyli nie w Polsce). Serwis przekierowuje reklamy na nieaktywne adresy internetowe. Tu wygrywa ten, kto zaoferuje najlepszą cenę i dobrą efektywność.

Reklamy te to jednak często pogranicze internetu, np. konkursy, w których można wygrać tablet w zamian za pozostawienie swoich danych osobowych lub zachęty do instalacji rozmaitych aplikacji mobilnych, np. Ubera lub Facebooka. Zeropark wygrywa m.in. tym, że jako jeden z pierwszych na świecie zaoferował platformę RTB (licytowania w czasie rzeczywistym), łączącą właścicieli stron (także tzw. pustych domen) i dysponentów pieniędzy na marketing (agencje mediowe). Tu potrzebna jest wydajna technologia przy masie internetowego ruchu, sprawne bazy danych, a także sprawni handlowcy — jednym z najlepszych jest sam Gryn, wydający setki tysięcy dolarów rocznie na ekspozycje na targach technologicznych.

Voluum, choć odpowiada za jedynie 20 proc. przychodów, z kilkudziesięcioprocentową marżą jest kurą znoszącą złote jajka. I to ona ma dać kolejnego finansowego kopa biznesom Gryna. Jest to platforma do zarządzania, analizowania i optymalizowania kampanii reklamowych w internecie w sieciach takich jak Zeropark. A rozmawiamy o gigantycznych liczbach: miesięcznie to ponad 250 miliardów przekierowań tylko na samym Zeroparku.

Komórki w Kalifornii

— Voluum DSP, nowa funkcjonalność systemu, jest tym, z czym chcemy wkrótce wystartować. To bardzo ryzykowny projekt, ale otwierający nam drogę na rynek wart 200 mld dolarów rocznie — mówi Robert Gryn, który — jak sam przyznaje — na robocie programisty się nie zna. On jest od wizji. Siedzimy w jego gabinecie, za plecami ma imponujące akwarium z leniwie pływającymi tropikalnymi rybkami.

W głowie szefa Codewise, rozpartego na fotelu Vitry (wszyscy w biurze takie mają), pływają jednak rekiny — te rynkowe. DSP ma umożliwiać zakup kampanii w sieciach reklamowych na masową skalę, także na komórkach. Problem w tym, że aby zarabiać i pokazywać klientom wysoką konwersję, trzeba umieć odsiewać fałszywy ruch reklamowy, generowany przez automaty. Jeśli uda się to przeskoczyć (a przecież po to najlepsi spece zostali ściągnięci do Krakowa), Codewise ma szybko przebić 400-500 mln zł przychodów. Ot, w większym akwarium jest więcej ryb do zjedzenia.

— Wciąż myślę, gdzie będziemy za rok, dwa, trzy. Sytuacja jest dynamiczna, trudno powiedzieć jednoznacznie, w którym kierunku świat marketingu w sieci będzie się rozwijał. Wiem, że chcę być częściej tam, skąd pochodzi większość moich klientów. Plan jest taki, by jeszcze w tym roku otworzyć w Kalifornii biuro z prawdziwego zdarzenia. Zima w Kalifornii to brzmi dobrze — uśmiecha się przedsiębiorca.

Banany na biegunach

Z Krakowem wiele go nie łączy. Owszem, ma tu wygodny penthouse, niewielką grupę znajomych i kilka ulubionych miejsc. Z miasta ucieka w Alpy na narty na świeżym śniegu, w Tatry na wielogodzinne marszobiegi lub w tropiki na np. nurkowanie bez butli. Urodził się daleko od Małopolski, nieopodal Oxfordu, jako syn Polaków od dawna związanych z Zachodnią Europą. Ojciec w latach 90. stawiał struktury Ericssona nad Wisłą. Przez lata Robert Gryn mieszkał w Warszawie, uczęszczał do prestiżowej amerykańskiej szkoły w Konstancinie. Ktoś prychnie: Bananowa młodzież! Jego znajomi z nastoletnich czasów to synowie i córki ekspatów oraz biznesowo-politycznych elit III RP. Zawsze jednak najważniejszym jego towarzystwem byli nie wpływowi ludzie, lecz on sam i jego dwubiegunowość.

— Od dziecka mam problem z bezsennością, psychiatra stwierdził u mnie stany lękowe, coś mi zawsze szumi w tyle głowy. Jednocześnie, jak coś robię, to na 110 proc., pochłania mnie to bez reszty. Szybko widać tego efekty — przyznaje przedsiębiorca. Początek wieku to dla Roberta Gryna pierwszy etap potężnej fascynacji cyfrowym światem. Za pożyczone od mamy pieniądze kupował domeny za pośrednictwem serwisu GoDaddy, dorabiał, bawiąc się photoshopem.

— Mając 13 lat, zarobiłem bodajże 600 zł za projekt logo firmy należącej do kolegi ojca — śmieje się i z rozrzewnieniem wspomina czasy, kiedy zasłynął jako Gusto.

Strit na foreksie

— Gusto to był mój nick w sieciowej strzelance Counter Strike. Z bratem byliśmy pierwszymigraczami w tę grę w Polsce, namówiliśmy tatę na kupno superszybkiego łącza, szybko zawiązaliśmy klan, w którym grali m.in. dzisiejsi gwiazdorzy e-sportu, np. Neo z Virtus.pro — opowiada Robert Gryn. Wówczas wykuł taktykę gry, którą do dziś stosuje z powodzeniem w biznesie. Trzymał się jak najdalej od schematów, gdy widział cień szansy — szarżował, szedł po bandzie, przebijając się na tyły wroga. Gra pochłaniała masę czasu, ale dawała sławę: Gusto miał takie osiągnięcia, że kolejne polskie serwery wpisywały go na czarną listę, traktując jako tzw. cheatera, korzystającego z niedozwolonego wsparcia. Koniec końców grę porzucił, nie interesowały go treningi i wojenna szachownica.

— Teraz co piątki gramy w firmie, mamy mapę własnego biura w Counter Strike’u. Uwielbiam tę grę, ale już nie nałogowo — mówi przedsiębiorca. Natura nałogowca regularnie łapie go w swe szpony. Jeszcze przed studiami na niezłym brytyjskim Uniwersytecie Surrey odkrył platformy foreksowe.

— Namówiłem ojca, pożyczył mi tysiąc euro, choć w jego oczach widziałem, że już się z tą kwotą pożegnał. Ja byłem pewien, że szybko ją pomnożę. Doszedłem do 4 tys. euro, podbijałem ryzyko, aż oczywiście straciłem wszystko — wspomina 30-latek. Następny w kolejce był internetowy hazard — poker. Dawał poczucie natychmiastowej wypłaty za uzyskany efekt. A ten był mierny, Robert Gryn szybko przehulał wszystkie pieniądze, jakie dostał od rodziców na początek studiów. Budził się spocony ze snów o kolejnym rozdaniu na ekranie.

Otrzeźwił się po błagalno-przepraszającym telefonie do matki i dzięki zrozumieniu przez rodziców. Choć potem jeszcze w pokera pogrywał, to już za własne, zarobione. — Moja była dziewczyna mawiała, że jestem zepsuty. Kazała mi w ramach ucierania nosa iść do pracy, serwowałem więc przez miesiąc hot dogi w kinie Odeon w Guildford nieopodal kampusu. Do dziś nie jem parówek z bułką — przyznaje właściciel Codewise.

Stres na zimno

Na trzecim roku biznesowo-marketingowych studiów Robert Gryn chciał dać upust swojej dojrzewającej przedsiębiorczości. Postanowił sprowadzać i sprzedawać odtwarzacze mp3.

Plan upadł, trafił więc do Warszawy jako tłumacz w TP SA. Po kilku miesiącach znalazł się w Orange. Tam wyleczył się z korporacji, wystarczyło, że jako trybik w maszynie poczytał trochę firmowy intranet. Po dwóch dniach odszedł, wiedząc, że to nie jest świat, w którym jego osobowość mogłaby się efektownie i efektywnie wypalić. Za namową kolegi trafił do Elephant Orchestra Jana Barty, czeskiego wizjonera internetu, swego czasu właściciela największej liczby domen na świecie.

— To było najważniejsze doświadczenie w moim dotychczasowym życiu. Tam zrozumiałem tajniki marketingu w internecie, odchodziłem jako szef operacji spółki — podkreśla Robert Gryn. W gruncie rzeczy w Zeroparku po prostu rozwinął i ulepszył to, czego nauczył się u Jana Barty.

Zresztą kolega, który go ściągnął do Elephant Orchestra, jest dziś szefem Zeroparku. Wcześniej Robert Gryn założył jeszcze WeSave — agregator zakupów grupowych, wkrótce potem ruszyły pierwsze eksperymenty z kampaniami afiliacyjnymi, urwaniem swoich procentów na linii wydawcy stron — reklamodawcy. Jak trzeba było, jechało się po bandzie, ryzykując wiele, np. dopłacanie do nieefektywnej kampanii.

— To zastąpiło mi hazard, tu od razu widziałem rezultaty. Zacząłem pracować niemal non stop — wspomina Robert Gryn. Tu też zeszły się drogi jego i założycieli Codewise, początkowo działającym w sektorze outsourcingu IT: Szymonem Niemczurą, Rafałem Janickim i Bartłomiejem Dawidowem.

Wkrótce Robert Gryn z kooperanta stał się partnerem w spółce i dostarczycielem większości gotówki. Do głosu doszedł też jego mocny charakter. Widząc upadającą płynność Codewise i nie mogąc porozumieć się z Niemczurą i Janickim, przejął Codewise wraz z Dawidowem.

To była psychologiczno-prawnicza rozgrywka przeprowadzona na zimno. Postawieni pod ścianą wspólnicy sprzedali swe udziały za 100 tys. dolarów. Dziś są znani jako założyciele Kontakt.io, wycenianego na dziesiątki milionów złotych. Po jakimś czasie z Codewise wypisał się i Dawidow, tłumacząc się niemożnością zniesienia stresu, jaki niesie spółka.

— Powiedział mi to w chwili, gdy i ja miałem myśli o porzuceniu biznesu. Wypracowywaliśmy milionowe zyski, ale non stop byliśmy w grze i płaciliśmy za to wymierną cenę. Zwyciężyła moja lubiąca wyzwania natura i zdecydowałem, że zamiast sprzedawać Codewise, poprowadzę go sam — mówi przedsiębiorca.

Łamanie oddechem

Gdy gestykuluje, rozmawiając w przerwach między nanoszeniem złotej charakteryzacji, widać jego nieprzeciętnie umięśnione ręce i korpus. Jeśli zestawić to z alpejską opalenizną, blond włosami, cyframi na koncie i złotym zegarkiem na przegubie, to znów mamy przed oczyma — wypisz, wymaluj — złotego chłopca, szczęśliwego, po którym nie widać wewnętrznej walki.

A w środku? Przed naszą rozmową wstał rano po trzech godzinach złego snu, wziął lodowaty prysznic. Na śniadanie połknął kilka nootropików, tzw. smart drugs, pobudzających mózg bez efektu uzależnienia. Popił je modnym obecnie olejem MCT i znów, jak niemal co dzień, poczuł szum w głowie. Dobrze znany mu stan braku motywacji do działania w biznesie.

— To uczucie towarzyszy mi od dawna. Mój sposób na przełamywanie się? Rozkręcam każdy kolejny dzień niejako wbrew sobie, krok po kroku zmuszam się do działania i dochodzę do punktu, w którym pracuję już na pełnych obrotach — wyjaśnia, choć ostatnio postawił sobie za cel częste spontaniczne wypady na krańce świata, gdzie śpi się lepiej. Niedawno był na Hawajach, uczył się nurkowania i polowań na bezdechu. Porównuje to do medytacji: widząc pod wodą potencjalną ofiarę i nadpływające rekiny, nie można dać się ponieść emocjom.

Spokojnie trzeba robić swoje, nie marnując tlenu, przełamując kolejne fale nawracającego uczucia duszenia w gardle. Kiedy przed oczami robi się już naprawdę ciemno, to znak. Czas wypełznąć na brzeg lodowej góry. &

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: KAROL JEDLIŃSKI

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Drapieżnik na lodowej górze