Na mrozy Finlandii i saharyjskie upały

Adrian Chimiak
opublikowano: 2006-09-28 00:00

Na przełomie lat 80. i 90. byli w Czechosłowacji. Zauważyli, że żaluzje są tam bardzo drogie. Postanowili kupować je w Polsce i sprzedawać za granicą.

W 1991 r. Dariusz Błacha, Sławomir Pytel i Ryszard Wieczorek założyli firmę.

— Eksportowaliśmy systemy żaluzjowe do Czech. Jeździliśmy po tym kraju i wypatrywaliśmy tablic reklamowych. Kolega wertował czeską książkę telefoniczną. To był niesamowity czas, tamtejsi rzemieślnicy przyjmowali nas z otwartymi rękoma — wspomina współwłaściciel Bamar-Polu Dariusz Błacha.

W 1994 r. firma wyprodukowała pierwsze własne żaluzje. Najpierw robili to w trzech, ale szybko musieli zatrudnić pracowników. Dzisiaj, obok kilkunastu rodzajów kompletnych systemów rolet wewnętrznych, przedsiębiorstwo produkuje rozmaite elementy (prowadnice, kasety, tkaniny, materiały samoprzylepne) dla producentów rolet, rzemieślników i firm z innych branż.

— Dostarczamy specjalistyczne taśmy, między innymi dla Whirlpoola i Pilkingtona. Najpierw taśmę klejącą sprowadzaliśmy z Niemiec, dzisiaj nasza taśma znana jest na świecie — chwali się przedsiębiorca.

Co leży u źródeł sukcesu firmy? Zdaniem Dariusza Błachy, oprócz solidności wykonania, zadecydowały: wzornictwo i dbałość o szczegóły.

Pomysł w precyzji

Przedsiębiorstwo opatentowało kilkanaście wzorów i rozwiązań technicznych systemów roletowych. Każdy detal ma precyzyjne wykończenie.

— O, na końcu tego łańcuszka jest plastikowy obciążnik. Wymodelowany jak reszta ozdobnych elementów. To tworzy całość, jest estetyczne, dopracowane i łatwe w montażu, nie trzeba dziurawić okien. Bubla nikt nie kupi — twierdzi Dariusz Błacha.

Na rynku przybywa podróbek opolskich rolet, ale przedsiębiorca się tym nie martwi. Zawsze stara się być krok przed innymi.

— Jest tylko jeden sposób: własne pomysły i oryginalność. Bywa, że w czasie posiłku wpadnie mi do głowy nowy pomysł. Rysuję go pośpiesznie na serwetce, zanoszę do moich inżynierów i pytam o zdanie. Gdy wyrażą pozytywną opinię, rozsyłam projekt po całej firmie i proszę o sugestie. My naprawdę tworzymy zgraną załogę. Raz lub dwa razy w roku zacieśniamy więzi w czasie imprez integracyjnych — objaśnia biznesmen.

Stoimy obok wyremontowanych budynków w Jełowej pod Opolem. Przy drzwiach biura wyleguje się biały kot. Dookoła cisza. Ale nie zawsze tak było.

— W 1997 roku powódź zalała naszą siedzibę w Opolu po sam dach. Postanowiliśmy znaleźć miejsce, które podczas żadnej powodzi nie było pod wodą. I znaleźliśmy je tutaj. Dwa lata później produkcja szła pełną parą — opowiada Dariusz Błacha.

Jednak możliwości rozwoju firmy w Jełowej były ograniczone. Potrzebny był kolejny zakład produkcyjny.

— Do tej pory sprowadzaliśmy tkaniny do rolet. Teraz byliśmy gotowi sami je produkować. Kolejne budynki zaadaptowaliśmy w Strzelcach Opolskich. Uruchomiliśmy laboratorium chemiczne i od dwóch lat wytwarzamy impregnowaną tkaninę do rolet. Nasze systemy roletowe bez problemu wytrzymują fińską zimę i lato Sahary, temperaturę od -50 do 140 stopni — zapewnia przedsiębiorca.

Trwałe i kolorowe

Podchodzimy do wystawy rolet. Jeszcze niedawno modne były niebieskie i żółte, dziś najlepiej sprzedają się kolory ciepłe, pomarańczowe.

— Wiele zależy od upodobań lokalnych. Niemieccy kontrahenci z lubością przebierają w kolorach, by na końcu wybrać szary — tłumaczy Dariusz Błacha.

Swoje żaluzje widział w siedzibie policji w Wiesbaden, w biurowcach w Stuttgarcie, w szkołach w Berlinie, w Urzędzie Miejskim w Częstochowie.

— Właśnie wróciłem z Dublina, gdzie w jednej z restauracji siedziałem pod oknem wyposażonym w żaluzje z Bamar-Polu. Posiłek smakował wyśmienicie — uśmiecha się przedsiębiorca.

W przyszłość patrzy z optymizmem, mimo dość dużej rotacji pracowników produkcji.

— Tutaj zawsze ludzie jeździli do pracy w Niemczech, dzisiaj się to nasiliło. Kto wie, czy wkrótce nie będę sprowadzał pracowników z Ukrainy — kiwa głową Dariusz Błacha.

I długo opowiada o kolejnych planowanych inwestycjach. Po pracy lubi jednak spokój.

— Wieczory i weekendy spędzam za szachownicą i przy kartach. Nie jestem już tak dobrym brydżystą, jak w czasie studiów, ale to dla mnie nadal doskonała gimnastyka umysłowa — uśmiecha się biznesmen.