Do formalnego szczytu RE w dniach 20-21 czerwca pozostają dwa tygodnie. Proces dogadywania się 28 prezydentów/premierów (formalnie współdecydentką jest nadal Theresa May) w sprawie obsady głównych unijnych stanowisk ani drgnął. Europejska Partia Ludowa (EPL) twardo trzyma się idei wybrania na przewodniczącego Komisji Europejskiej (KE) namaszczonego od miesięcy Manfreda Webera, doświadczonego europosła bawarskiej CSU. Druga co do wielkości grupa Socjalistów i Demokratów (S&D) jest oburzona stawianiem przez chadeków kropki nad „i”, obstając przy Fransie Timmermansie. Kierowanie KE ma znaczenie tak wielkie, że EPL raczej odpuści starania o funkcję przewodniczącego PE, przynajmniej w pierwszej połówce 5-letniej kadencji. Być może zatem obsada tego fotela podzielona zostanie na 2,5-letnie części przez socjalistów i liberałów.

W prowadzonych przez wszystkie unijne międzynarodówki podchodach istotne znaczenie ma kalendarz. 20-21 czerwca szczyt RE teoretycznie powinien wyłonić kandydata na przewodniczącego KE, który zostanie poddany pod głosowanie PE, ale dopiero na drugiej sesji 15-18 lipca. Ta inauguracyjna 2-4 lipca zajmie się jedynie wyborami wewnętrznymi — przewodniczącego i innych funkcjonariuszy PE. Zatem bardzo możliwe, że prezydenci/premierzy będą musieli odczekać na wynik rozgrywki parlamentarnej i zebrać się w trybie ekstra około 10 lipca. Tak naprawdę czas na skompletowanie obsady stanowisk w Brukseli upływa we wrześniu, jako że kadencja KE pod wodzą Jean- -Claude’a Junckera upływa 31 października. W interesie wspólnoty leżałoby osiągnięcie kompromisu najlepiej za dwa tygodnie, ale szanse są niemal zerowe.