Najłatwiej zdobyć mistrzostwo własnego podwórka

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2024-07-30 20:00

Po pięciu dniach Igrzysk XXXIII Olimpiady konto medalowe Polski pozostaje skromne, chociaż na szczęście nie jest zerowe.

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

We wtorek wieczorem drużyna szpadzistek po twardej walce z Chinkami zdobyła brązowy medal, zatem niedzielny pierwszy srebrny krążek kajakarki górskiej Klaudii Zwolińskiej już nie jest jedyny. Mimo to w tabeli kruszców spadliśmy z pozycji 22 ex aequo na 23, także ex aequo z kilkoma ekipami, ponieważ inni medalowo przyspieszyli. Notabene tuż za Polską znajduje się... Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna. Tak, tak, dyktator Kim Dzong Un – niegdyś przecież studiujący na Zachodzie – postanowił wypuścić do Paryża dokładnie prześwietloną garstkę sportowców. W pingpongowym mikście Korea Północna doszła do finału i tam odgryzała się samym Chińczykom.

Olimpijska prawda jest brutalna – jedynym czynnikiem promocji państwa są jego sukcesy. Nie tylko medale zsumowane w tabeli, lecz także spektakularne osiągnięcia pojedyncze. Absolutnie nie zmieni tego prężenie muskułów na użytek wewnętrzny i telewidowni we własnym kraju. W tym kontekście wypada odnotować, że pierwszy raz w dziejach naszych występów Polski Komitet Olimpijski (PKOl) zorganizował podczas igrzysk tzw. Dom Polski. Tradycyjnie takim narodowym centrum bywały pomieszczenia kierownictwa misji wewnątrz zamkniętej wioski olimpijskiej. To tam organizowane były powitania medalistów, w epoce sprzed mediów elektronicznych istniały tam gazetki ścienne, gdzie flamastrami wypisywano wieści o sukcesach, etc.

Dom Polski w Paryżu nawiązuje do placówki organizowanej w Davos podczas Światowego Forum Ekonomicznego. Tam niedaleko od centrum kongresowego, do którego wstęp jest bardzo drogi i elitarny, wiele państw – w tym od kilku lat Polska – wynajmuje obiekty przy deptaku i aranżuje własne centra. W naszym przypadku składają się na to największe spółki skarbu państwa, natomiast głównym wizerunkowym beneficjentem bywa prezydent Andrzej Duda. Zewnętrzny efekt promocyjny jest znikomy, niemal zerowy, albowiem zbierają się wyłącznie – jak to określaliśmy w PB – mistrzowie własnego podwórka. Dokładnie taka jest idea Domu Polskiego w Paryżu, osobistego pomysłu Radosława Piesiewicza, prezesa PKOl od 2023 r. Za niemałe pieniądze wynajęty został elegancki pensjonat Pavillon Royal, malowniczo położony z dala od miejskiego zgiełku nad jeziorkiem na brzegu Lasku Bulońskiego. Patrząc na plan ogromnego Paryża, to w lewym dolnym rogu, niedaleko od kompleksu tenisowego Rolanda Garrosa. Oczywiście zdalny doping nie wpłynie w jakimkolwiek stopniu na końcowy wynik olimpijski Igi Świątek, ale w razie czego będzie miała niedaleko, bo założeniem PKOl jest szybkie docieranie do Domu Polskiego każdego medalisty.

Uwzględniając źródła dochodowe budżetu PKOl, można przyjąć, że inżynieria finansowa placówki jest podobna jak w Davos. Największymi sponsorami, chociaż pośrednimi, są wielkie państwowe firmy, a także inne. Wyposażenie Domu Polskiego przed 26 lipca przyjechało z kraju kilkunastoma tirami. W terminologii olimpijskiej jest to w zasadzie strefa kibica, tyle że narodowa i dość kameralna. Spotykają się oficjele, sportowcy, dziennikarze oraz także zwyczajni kibice. Realnie największą atrakcją jest wspólne oglądanie transmisji z różnych paryskich aren, można też podyskutować oraz skorzystać z kateringu, a nawet rekreacyjnie zagrać w koszykówkę 3 na 3. Atrakcją bywa składanie ślubowania przez olimpijczyków, którzy nie zrobili tego w Warszawie lub docierają do Paryża w kolejnych dniach igrzysk. Wszystko sympatyczne, natomiast szokuje okoliczność, że wolny wstęp mają posiadacze akredytacji, natomiast zwyczajny polski kibic musi… kupić bilet! Dzienna kwota jest niemała, dorosły płaci aż 30 EUR (lub 130 złotych), dzieci mają zniżkę. To wielka pazerność PKOl i zagrywka nie fair, uczciwy byłby system internetowych rejestracji kibiców – wszak pojemność Domu Polskiego jest ograniczona – ale oczywiście gratisowych. Pobieranie myta za wstęp do narodowej strefy kibica, nawet z uwzględnieniem poczęstunku, to anomalia na igrzyskach w Paryżu niespotykana.