Najsłabsze ogniwo to jednak człowiek

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2015-03-27 00:00

KATASTROFA AIRBUSA Samolot statystycznie jest najbezpieczniejszym środkiem transportu

Ale gdy bezwzględny los od czasu do czasu uderza — tragiczne echo niesie się na cały świat. Ostatnio trafiają się katastrofy, których przyczyny wyjątkowo szokują. Wydawało się, że nic nie przebije zbrodniczego zestrzelenia 17 lipca 2014 r. malezyjskiego Boeinga 777 z 300 osobami przez rosyjskich najemników w strefie walk na terenie Ukrainy. Ale przyczyna katastrofy Airbusa 320 linii Germanwings z grupy Lufthansy 24 marca jest chyba jeszcze bardziej zdumiewająca. Na podstawie nagrań z kokpitu śledczy nie mają już wątpliwości, że maszynę ze 150 osobami rozmyślnie wpakował w alpejskie zbocze 28-letni początkujący drugi pilot, który na chwilę pozostał przy sterach sam i zamknął się przed zrozpaczonym sytuacją kapitanem.

Dosłownie trzy godziny po wtorkowej katastrofie leciałem nad Francją innym korytarzem.

Zgodnie z prawami statystyki, czując się stuprocentowo bezpiecznie, ale na gorąco zastanawiając się nad przyczynami niedalekiej tragedii. Obstawiałem możliwość powrotu czarnego snu firmy Airbus, czyli efektu przekomputeryzowania jej najpopularniejszego produktu. Właśnie taka była przyczyna kilku katastrof ćwierć wieku temu, gdy piloci modelu 320 okazywali się bezradni wobec tępego programu. Tym razem wyszło jednak odwrotnie — to człowiek wyłączył bezbłędnego autopilota i postanowił zabić niewinnych pasażerów siedzących za jego plecami.

Nie był to rzecz jasna pierwszy przypadek lotniczego samobójstwa, któremu towarzyszy masowe morderstwo. Najbardziej spektakularnym był oczywiście terroryzm z 11 września 2001 r., gdy fanatycy z licencjami lotniczymi opanowałi cztery samoloty, z których trzy wbiły się w World Trade Center oraz Pentagon, a czwarty dzięki kontrakcji pasażerów nie doleciał do Waszyngtonu i spadł w Pensylwanii. Ale zdarzyły się już także przypadki szaleństwa prawdziwych pilotów. Bardzo znany jest ten z 31 października 1999 r., gdy zostawiony chwilowo samodzielnie drugi pilot egipskiego Boeinga 767 po starcie z Nowego Jorku zaczął pikować do Atlantyku, powtarzając „Polecam się Bogu”. Wtedy kapitan podjął walkę o poderwanie maszyny, ale było już za późno. Podobne podłoże miało tajemnicze zniknięcie 8 marca 2014 r. na Oceanie Indyjskim malezyjskiego Boeinga 777. Przyczyny tamtych rozmyślnych katastrof miały fundamentalistyczne podłoże religijne, muzułmańskie. Wtorkowe działanie młodego Niemca wymyka się tak prostym diagnozom.

Jak każdy pilot, podlegał standardowemu sprawdzeniu antyterrorystycznemu. Istnieją jednak tak mroczne zakamarki ludzkiego jestestwa, których nie wykryje żadna procedura. I to jest prawdziwy problem bezpieczeństwa w lotnictwie. Po poznaniu przyczyny katastrofy Airbusa odetchnąłem, że moje podejrzewanie komputerów okazało się na szczęście pochopne, czyli jednak można całkiem bezpiecznie (z poprawką na prawa statystyki) latać. Ale po 24 marca, widząc na lotnisku załogę zmierzająca w kierunku samolotu, będę jednak łapał się na śladowej wątpliwości, czy aby na pewno…