Najśmieszniej byłoby 269:269

opublikowano: 06-11-2012, 00:00

Wybory na prezydenta USA

Jak w każdym przypadającym co cztery lata roku olimpijskim, pierwszy wtorek po pierwszym poniedziałku listopada znowu elektryzuje cały świat. Prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki nieformalnie, ale dość zasadnie, tytułuje się przecież prezydentem globu. Wiele państw, a nawet całe kontynenty, nie chcą podporządkować się takiej hierarchii, ale cóż mogą poradzić. Niezależnie nawet od arsenału jądrowego, USA to nadal najpotężniejsza gospodarka, która może zarówno rozkręcić globalną koniunkturę, jak i zainfekować resztę świata finansowym kryzysem.

Gdy po pierwszej kadencji urzędujący prezydent USA ubiega się o reelekcję, odbywają się nie wybory, lecz plebiscyt. Społeczeństwo po prostu ocenia, czy aktualny lokator Białego Domu zasługuje na przedłużenie umowy o pracę, czy też powinien zająć się już budową biblioteki (to standardowe zajęcie prezydentów na emeryturze).

W tym plebiscycie zbiorowa decyzja częściej okazuje się pozytywna, chociaż od czasu do czasu prezydent uznany za niedołężnego przeżywa gorycz porażki. Przykładami z ostatnich dekad są demokrata Jimmy Carter oraz republikanin George H. Bush (ojciec).

Po upolowaniu Osamy Bin Ladena wydawało się, że Barack Obama ma reelekcję w kieszeni. Ale poważne problemy gospodarcze spowodowały, że ostatnią przedwyborczą noc miał raczej bezsenną. Już sama ta okoliczność jest jego wielkim niepowodzeniem, jeśli sobie przypomnimy, jakie nadzieje Amerykanów rozbudził, składając prezydencką przysięgę.

Tegoroczna kampania merytorycznie była wyjątkowo bezbarwna, dlatego powszechna uwaga skoncentrowała się na pasjonującej rozgrywce czysto arytmetycznej. W noc wyborczą na wielkiej mapie poszczególne stany kończące liczenie głosów tradycyjnie będą świeciły w demokratycznym kolorze niebieskim lub czerwonym republikańskim.

A oba sztaby będą marzyły o uciułaniu co najmniej 270 głosów w 538-osobowym kolegium elektorskim. Nam w Europie trudno pojąć specyfikę amerykańskich wyborów federalnych. A przecież to proste: całą pulę głosów elektorskich danego stanu zbiera ten, kto wygrał w nim choćby jednym głosem w urnach.

Dlatego w roku 2000 zdarzyło się, że demokratyczny kandydat Albert Gore w skali kraju uzyskał o pół miliona głosów wyborców więcej, ale republikański George W. Bush bardziej szczęśliwie zbierał zwycięstwa stanowe. Dzisiaj bardzo realne jest odwrócenie sytuacji — republikanin Mitt Romney może przekonać więcej Amerykanów, ale demokrata Barack Obama przechwyci więcej ludnych stanów, dających głosy w kolegium.

Nigdy w historii USA nie zdarzył się elektorski remis, zapisany w powyższym tytule. Ale możliwość rozłożenia się tych głosów idealnie po równo jest w roku 2012 realna jak jeszcze nigdy wcześniej.

I co wtedy? Prezydenta USA wybierałaby nowa Izba Reprezentantów, co skończyłoby się raczej triumfem Mitta Romneya. Senatowi zostałby wybór wiceprezydenta, zapewne demokraty, chociaż nie wiadomo, kogo pokonana w głównej rywalizacji partia by wskazała — Josepha Bidena czy… Baracka Obamę. To scenariusz politycznie może abstrakcyjny, ale arytmetycznie jak najbardziej możliwy. Skoro w historii USA nigdy się nie sprawdził, to może… Czytaj też str. 20-21

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: JACEK ZALEWSKI

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy