Marka Green Establishment weszła na rynek z przytupem — sukcesem handlowym na targach odzieży w Paryżu. Rok temu. Właścicielki firmy idą za ciosem — już pracują nad kolekcją wiosna 2010.
Ulica Wileńska na warszawskiej Pradze. Błoto chlupie między spękanymi płytami chodnikowymi, z zabytkowych domów odpadają tynki. Miejsce zapomniane przez władze stolicy, ale coraz popularniejsze wśród artystów i twórców zwabionych autentyczną zabudową i układem ulic przedwojennego miasta. No i klimatem, sławionym m.in. w obsypanym nagrodami filmie "Rezerwat", kręconym po sąsiedzku.
Do pracowni mody Green Establishment wchodzi się prosto z ulicy. Ściany pozbawione tynków eksponują XIX-wieczne cegły. Wysokość pomieszczenia umożliwiła zainstalowanie małej antresoli, na którą prowadzi kilka schodków. Rozstawiono na niej wieszak z prototypami kolekcji, a pod schodami znalazło się miejsce na magazynek bel tkanin i dzianin. Wszędzie — rozwieszone ubrania. Pracownia ma klimat praskiego sklepu z ciuchami, w którym można upolować perełkę.
Autorką wnętrza jest Kamila Kanclerz, jedna z trzech współwłaścicielek firmy i projektantka marki. Skąd pomysł na tę lokalizację?
— Na Pradze można taniej wynająć lokal. Ten wygrałyśmy w przetargu od gminy. Ale to nie cena zadecydowała, że tu jesteśmy. Szukałam pomieszczenia z charakterem, które mogłabym przebudować. Z wykształcenia jestem architektem wnętrz, ukończyłam ten kierunek na warszawskiej ASP. Chciałam zaaranżować nasze atelier — mówi dwudziestodziewięcioletnia Kamila Kanclerz, z dumą pokazując pracownię.
Koleżanka koleżanki
W listopadzie 2007 roku trzy dziewczyny założyły firmę Green Establishment. Projektują, szyją i eksportują modne ubrania do butików na zachodzie Europy. I nie są to pojedyncze egzemplarze, lecz całe kolekcje, we wszystkich rozmiarach. Gospodynie siedzą zakutane w płaszcze. W pracowni jest zimno. Zamówione piece wciąż czekają, aż właścicielki firmy znajdą czas, by je odebrać. Taki urok jeszcze urządzanego miejsca.
Poznały się w pracy. Kamila Kanclerz w czasie studiów wzięła udział w konkursie "Grasz o staż", organizowanym przez "Gazetę Wyborczą". Wygrała praktyki wakacyjne w firmie odzieżowej House of Colour (obecnie House) w Krakowie. Po kilku miesiącach dołączyła do House’a Kinga Kowalewska, obecnie druga wspólniczka.
— Pracę w House rozpoczęłam po ukończeniu studiów na łódzkiej Akademii Sztuk Pięknych, na Wydziale Projektowania Tkanin i Ubioru — opowiada trzydziestodwuletnia projektantka.
Po praktykach, Kamila dostała propozycję pozostania w House. Wspólnie z Kingą Kowalewską projektowały ubrania i zajmowały się promocją marki jako menedżerki produktu. Jednak po półtora roku Kamila Kanclerz zdecydowała się na powrót na studia do Warszawy. Wkrótce także Kinga znalazła pracę w stolicy jako projektantka marki Odzieżowe Pole. Tu poznała Marzenę Swat, wówczas właścicielkę firmy importującej tkaniny z Włoch. Ostatnia ze wspólniczek jest pewną siebie, rzutką trzydziestotrzyletnią menedżerką spółki Green Establishment.
Dziewczyny chciały pracować na własny rachunek. Po analizie sił i środków zdecydowały się pójść na swoje.
— Miałyśmy duży posag na starcie. Wniosłam do firmy tkaniny i kontakty ze szwalniami. Moja mama jest konstruktorką odzieży i prowadziła w Warszawie taki zakład. Kamila zaś miała przygotowane prototypy kolekcji i nowe projekty. Dziewczyny dostosowały te modele do tkanin, jakie miałyśmy, i uzupełniły kolekcję o nowe wzory. W styczniu 2008 roku wyjechały na pierwsze targi mody "Who’s next", które odbywają się w Paryżu. Poszło jak burza! — chwali się Marzena Swat.
Konkwistadorki mody
Właścicielki wystartowały w konkursach o dotacje z Unii Europejskiej. Środki przeznaczyły na marketing: budowę strony internetowej i udział w profesjonalnych targach za granicą.
— Na liście projektów, którym przyznano dotację, figurowałyśmy między importerami wyrobów stalowych i spożywczych — śmieje się Kamila Kanclerz.
Wiary w siebie dodała im ubiegłoroczna impreza w Paryżu. Nikt się nie spodziewał, że nieznana firma przedstawi tak modną i jednocześnie handlową kolekcję. Prasa fachowa nie szczędziła pochwał. Posypały się zamówienia. Co urzekło kupców?
Zdejmuję z wieszaka prototyp ołówkowej spódnicy z najnowszej kolekcji. Uszyto ją z miękkiej wełny w kolorze przydymionego różu. Szwy i lamówki świadczą o starannym wykończeniu. I jeszcze ta podszewka — jedwabna, w kontrastowe serduszka. Ubranie leży jak ulał. Cena? Nieco ponad 400 zł.
— Ta spódnica to przykład stylu ulicy dużego miasta. Możesz pójść w niej do pracy. Ale z ekstrawagancką bluzką i butami na wysokich obcasach sprawdzi się podczas wieczornych wypadów z przyjaciółmi — kusi Kamila Kanclerz.
W oczy rzuca się wełniany, fioletowy żakiet ozdobiony wielkim kołnierzem i kolorowymi guzikami. I ciepłe, pikowane kurtki. W kolekcji nie brak też zabawnych topów z bawełny, na których "narysowano" kredkami portrety. Całodzienny charakter mają także pozostałe rzeczy: spodnie, bluzki itp. Ubrania reprezentują modny styl rodem z uniwersyteckiego kampusu lub klimat lat 80. XX wieku. Uzupełniają je wielkie torby. Oglądam poprzednią kolekcję. Te same zasady: wygoda i doskonałe krawiectwo. Dresy z dżerseju z jedwabnymi wstawkami w kurzą stopkę, w sam raz na spacer z psem i zakupy w osiedlowym sklepie. Sukienki z lejącej się dzianiny miękko układające się na figurze i niekrępujące ruchów.
Gdy oglądamy ubrania, Kinga korzysta z okazji, by zadzwonić do domu i spytać, co robią jej córki: dziesięcio- i dwulatka. Mamą jest także Marzena. Na nią czekają malcy: cztero- i dwulatek.
— Dzieci nie przeszkadzają nam w realizacji zawodowych pasji. Są dla nas inspiracją, a nawet pomagają w pracy. Gdy przygotowywałyśmy pierwszy katalog, moja starsza córka została w nim "Miss mokrego podkoszulka". Obie dobrze się bawiłyśmy podczas robienia zdjęcia — uprzedza pytanie Kinga.
Teraz Kinga i Kamila pracują nad kolekcją wiosna-lato 2010. Zaprezentują ją kupcom podczas najbliższych targów. Duże wyprzedzenie, ale zamawiający muszą mieć czas na podjęcie decyzji, a Green Estab-lishment — na wykonanie kolekcji zgodnie z zamówieniami. Zdolności i znajomość rzeczy to jedno, ale tok roboty dyktują kupcy.
