Elementem głównym jest posiedzenie Rady Północnoatlantyckiej, czyli najwyższego organu decyzyjnego, w składzie prezydentów i premierów. Drugi to posiedzenie rozszerzone o globalnych partnerów z innych kontynentów, Azji i Australii. Wreszcie składnik trzeci, w obliczu napadu Rosji na państwo tuż za miedzą najważniejszy: inauguracyjne posiedzenie nowej rady NATO—Ukraina, z fizycznym udziałem prezydenta Wołodymyra Zełenskiego. Wielostronicowa, tradycyjnie wzbijająca się pod niebiosa samochwalby deklaracja szczytu to dokument stricte Rady Północnoatlantyckiej. Notabene 31 państw NATO za sukces zbiórki w Wilnie uznało dołączenie Szwecji jako 32. członka. Mam déjà vu, albowiem dokładnie pamiętam, co rok temu pisałem wyjeżdżając ze szczytu w Madrycie. Po zgodzie prezydenta Recepa Tayyipa Erdoğana cieszyliśmy się wtedy ze wzmocnienia północnej flanki NATO i przekształcenia Bałtyku w wewnętrzne morze sojuszu. W najczarniejszych snach nikt sobie nie wyobrażał, że cały rok potrwa ratyfikacyjna obstrukcja tureckiego władcy, do którego ochoczo dołączył inny hamulcowy Viktor Orbán. W Wilnie usłyszeliśmy te same obietnice, zatem z brawami lepiej wstrzymać się do chwili, gdy po zakończeniu procedury rząd Szwecji złoży rządowi USA komplet wymaganych dokumentów.

Według komunikatu Jensa Stoltenberga po pierwszym dniu NATO podtrzymało jedność oraz twardość wobec Rosji. Formalnie wystosowane zostanie zaproszenie dla Ukrainy, ale obwarowane wieloma warunkami, których szczegóły uzgadniane będą podczas sesji środowej. Generalnie sojusz potwierdza prawidłowość i skuteczność strategii, opierającej się na dwóch nogach — odstraszaniu i obronie. Pierwsza przestrzega potencjalnego napastnika, że druga może go skutecznie kopnąć różnorodnym arsenałem. Stanowi on kompilację broni nuklearnej — naturalnie chodzi o potencjał amerykański — konwencjonalnej i przeciwrakietowej, w ostatnim czasie uzupełnionej w obszarze kosmosu oraz cybernetyki. Na razie trudno powiedzieć, w jakim stopniu szczyt w Wilnie przyspieszy przesuwanie środka ciężkości między nogami. Odstraszanie wychodzi NATO doskonale, natomiast z konkretami obronnymi jest pewien problem. Solidarnościowy art. 5 traktatu dotychczas został wykorzystany tylko raz, po ataku terrorystów w 2001 r. na USA, czyli na World Trade Center i Pentagon. Obronna w teorii, napastnicza w praktyce wyprawa sojuszu do Afganistanu skończyła się blamażem i ewakuacją z podwiniętym ogonem. Talibowie po prostu nie wiedzieli, że przed potęgą NATO mają czuć strach…
Przy okazji obserwacji globalnych eventów zawsze staram się wychwycić jakieś akcenty polskie. W silnie zlituanizowanym Wilnie jeżdżą autobusy i trolejbusy polskiej produkcji Solaris Bus & Coach. Właśnie tzw. jamniki z Bolechowa zaaranżowane na wahadłowe busy dowożą/odwożą tłum akredytowanych dziennikarzy do/z kompleksu szczytowego Litexpo, inaczej się tam dostać nie można. Inny polski akcent, także transportowy, zauważalny jest na lotnisku — otóż stoją tam aż dwa biało-czerwone samoloty B-737 z napisem Rzeczpospolita Polska. Boeingiem nr 0112 Ignacy Jan Paderewski przyleciał naturalnie prezydent, natomiast egzemplarzem nr 0110 Józef Piłsudski dotarł we wtorek… Wołodymyr Zełenski — z Rzeszowa-Jasionki, dokąd dojechał z Kijowa przez Przemyśl. Od wybuchu wojny przez kultową już Jasionkę bezpiecznie podróżuje cały polityczny świat, ciekawostką jest solidarnościowe udostępnienie gościowi polskiego samolotu. Marszałek akurat Wilno kochał wyjątkowo, na trwałe zostawił w nim swoje serce. Ciekawe, z jakimi odczuciami na „jego” pokładzie będzie wracał ze szczytu prezydent Ukrainy.
