Człowiek uczy się całe życie. Klient banku również. Piętnaście lat temu podejmował pierwsze nauki, jak zakładać konto osobiste, jak go używać. Przyzwyczajał się do myśli, że oto do przeszłości odchodzi pani Krysia, która każdego miesiąca wypłacała mu w okienku pensję. Kiedy już nauczył się, że pieniądze — choć ich nie dostaje do ręki — i tak ma, musiał przywyknąć do czeków, za pomocą których wypłacał to w banku, to na poczcie gotówkę.
Krótko to trwało, bo oto kolejna lekcja — karta płatnicza. Później klient banku musiał nauczyć się, jak wziąć kredyt. A kiedy już się nauczył — nadeszło nowe wyzwanie: poznać tajniki oszczędzania. Wystarczy? To dopiero początek…
Inwestowanie jest sztuką, która wymaga stałego szlifowania wiedzy. Uczyliśmy się banków, uczyliśmy oszczędzania, uczyliśmy, jak mądrze się zadłużać i jak wydawać. Pora, by podjąć naukę, jak zarabiać na tym, co już zaoszczędzone zostało. Dopiero co zakończyliśmy edukację na temat towarzystw funduszy inwestycyjnych, przekonaliśmy się, że na zakupie jednostek można z powodzeniem zyskać, a tu już dzwonią na następna lekcję: inwestowanie na giełdzie.
Wraz z rozwojem rynku usług bankowych rozwijają się potrzeby klientów instytucji finansowych. Klienci banków, świadomi siły posiadanych pieniędzy, chcą je pomnażać, ale w sposób daleko bardziej zyskowny od tego, co oferują lokaty bankowe, czy nawet — wspomniane — jednostki uczestnictwa TFI. Chcą to robić, nawet jeśli ryzyko poniesienia strat jest spore. Ogromna rzesza jest gotowa ponieść nawet ofiarę finansową, by tylko spróbować sięgnąć fortun, o których słyszała. To wszystko, łącznie z dreszczem emocji, gwarantuje gra na giełdzie.
Chociaż warszawska giełda już w kwietniu obchodzić będzie piętnaste urodziny, nadal grono graczy, którzy są na niej obecni jest dość skromne. A przynajmniej o wiele skromniejsze, niż być powinno. Rzesza klientów banków z ochotą spróbowałaby swoich sił na parkiecie, gdyby nie… lenistwo. Po prostu — ludzie nie inwestują, bo nie chce im się przebijać przez (krótkotrwałą) procedurę zakładania rachunku inwestycyjnego. Oni chcieliby rozwiązań prostych, które wymagałyby od nich minimum wysiłku. A najlepiej, gdyby przy okazji nie musieli zdejmować kapci.
Teraz mogą. W dobie internetu grać na GPW można, nie ruszając się z łóżka. Aby było jeszcze łatwiej, nie trzeba już opuszczać nawet internetowej strony swojego domu maklerskiego, a od niedawna — banku. Internet uchylił ciułaczom drzwi giełdy, najnowsze oferty bankowe, jeszcze bardziej je otworzyły. Przy pomocy myszki łatwo jest kontrolować na bieżąco sytuację na rynku, w sieci znajdzie się mnóstwo rekomendacji, na listach dyskusyjnych poświęconych inwestowaniu zawsze znajdą się ludzie, których rad warto posłuchać, na odświeżanych wykresach szybko widać zmieniające się ceny akcji… a wszystko to za cenę nieporównywalnie mniejszą od kosztów inwestowania na giełdzie tradycyjną metodą spotkań czy telefonów do maklera.
O tym, że za pomocą internetu grać na giełdzie jest łatwiej i taniej, nikogo już nie trzeba przekonywać. O tym, że giełda warta jest nie tylko każdych pieniędzy, ale i pieniędzy każdego — przekonywać wciąż trzeba. Nie ma ludzi, którzy nie potrafią inwestować. Potrafią. Oni jeszcze tylko o tym nie wiedzą. Wystarczy jednak pokazać, że GPW nie jest miejscem magicznym, a przy odrobinie dobrej woli i chęci nauczenia się giełdy, z każdego można zrobić rasowego inwestora. Niestety, domy maklerskie, które od lat narzekają na brak środków na promocję i edukację, same tego nie uczynią. Warszawska Giełda Papierów Wartościowych też próbuje upowszechniać wiedzę na swój temat, jednak — nie ma się co oszukiwać — krąg odbiorców jest węższy, niżby sobie tego życzyła. A ludzie naprawdę chcą się uczyć.
Na to liczy partner dzisiejszego dodatku tematycznego: MultiBank, który wkrótce wprowadzi do oferty zintegrowaną z kontem osobistym Usługę Maklerską. Jak tłumaczą przedstawiciele banku, nie chodzi wyłącznie o przyciągnięcie do instytucji nowych klientów czy uatrakcyjnienie propozycji banku na siłę. W grę wchodzi przede wszystkim pokazanie tym, którzy giełdy się boją, że gra na niej nie jest rzeczą skomplikowaną.
Giełda nie jest jednak ostatnią lekcją, jaką rynek zafunduje klientom instytucji finansowych. Po niej przyjdzie pewnie czas nauki inwestowania w daleko bardziej zaawansowane niż akcje instrumenty. Ale to później. Na to szary ciułacz ma jeszcze czas.