Nerwowe roszady na finiszu kadencji

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2023-04-06 20:00

Pół roku przed wyborami parlamentarnymi – których terminem na 99 proc. będzie 15 października 2023 r. – władcy niespodziewanie dokonali zmian w składzie rządu.

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

Henryk Kowalczyk, minister rolnictwa i rozwoju wsi, padł pod ciężarem taniego zboża ukraińskiego i został strącony z ministerialnych sań dla rozładowania napięć w wiejskim elektoracie. Awaryjnie zastąpił go jeden z posłów PiS, Robert Telus, autentyczny rolnik, przewodniczący branżowej komisji Sejmu, partyjny magnat z okręgu piotrkowskiego. Druga zmiana nastąpiła przy okazji. Mało kto kojarzył, że od 2020 r. Mateusz Morawiecki dodatkowo zajmował stanowisko ministra cyfryzacji, po sczyszczeniu Marka Zagórskiego. Epizodyczne rozwiązanie było wynikiem sztucznego zaniżania liczebności rządu. Cyfryzacją faktycznie kierował Janusz Cieszyński jako sekretarz stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów (KPRM). Całkowicie anormalna formuła się wyczerpała i minister faktyczny awansował na konstytucyjnego.

Janusz Cieszyński (z lewej) i poseł Robert Telus zostali ministrami konstytucyjnymi na ostatnie pół roku kadencji 2019-2023. Fot. KPRP / Przemysław Keller

Politycznie ciekawsza jest zagrywka postacią Henryka Kowalczyka. Składając dymisję dokonał samooceny nieudacznictwa w resorcie rolnictwa, ale pozostał… wiceprezesem Rady Ministrów. W 2021 r. otrzymał powołania na oba stanowiska jednym aktem, zatem teraz został podobnie zdymisjonowany, ale zarazem powołany na „gołego” wicepremiera. W Polsce urząd wicepremiera sam w sobie nie znaczy nic, poza puszeniem się jego posiadacza. Dodawanie takiego tytułu resortowym ministrom podbudowuje ich ego i podnosi osobistą pozycję polityczną. Problemem stają się uzasadnienia dla stanowisk wicepremierów bez ministerstw. Po wyrzuceniu w 2017 r. z premierostwa Beata Szydło otrzymała na pocieszenie fotel wice wraz przewodnictwem Komitetu Społecznego Rady Ministrów. Gdy do rządu wszedł Jarosław Kaczyński, to specjalnie dla niego stworzono Komitet Rady Ministrów do spraw Bezpieczeństwa Narodowego i spraw Obronnych (KRMdsBNisO – ten ciepły językowo skrót warto zapamiętać). Teraz okazało się, że nienadający się nawet we własnej ocenie na stanowisko ministerialne Henryk Kowalczyk jak najbardziej kwalifikuje się na… szefa Komitetu Ekonomicznego Rady Ministrów. Wysadza z tego fotela Jacka Sasina, innego wicepremiera. Dla ministra aktywów państwowych, który rywalizując z Mateuszem Morawieckim pozycjonował się na pierwszego wicepremiera, to prestiżowa porażka. Ale musi ją przełknąć, bo taka jest potrzeba polityczna na obecnym etapie walki o lepsze jutro. Henryk Kowalczyk to przecież filar ekipy Beaty Szydło, która w ekipie PiS ponownie zwyżkuje, licząc na wystawienie właśnie jej w wyborach prezydenckich w 2025 r.

Obdzielanie stanowiskami w rządzie najróżniejszych grupek wewnątrz PiS gwarantuje dotrwanie rządu i większości sejmowej do końca kadencji. Pomijając wywodzących się z poselskich kanap realnych ministrów z resortami, takich jak Zbigniew Ziobro czy Kamil Bortniczuk, wypada przypomnieć kilku konstytucyjnych ministrów bez teki. Z rozkazu Jarosława Kaczyńskiego są nimi m.in. Michał Wójcik (Solidarna Polska – ta partyjka dostarcza 19 poselskich mandatów), Agnieszka Ścigaj (Polskie Sprawy – 3 mandaty), Włodzimierz Tomaszewski (Partia Republikańska – 9 mandatów). Zapisanie jakichś obowiązków takich członków rządu w rozporządzeniu prezesa Rady Ministrów to naprawdę ekwilibrystyka słowna, gdy się wyciśnie z tych zapisów wodę, to suchego zostaje niewiele. Notabene tłum pseudoministrów, wstawionych do gabinetu w transakcjach handlowych za poselskie głosy, nie dysponuje żadnymi częściami budżetu państwa, ich obsługę w całości finansuje KPRM. Reasumując – gigantycznie rozdęta struktura rządowa oczywiście dotoczy się do października, ale i potem nie zginie bez względu na wyniki wyborów.