Nie chcę być niewolnikiem kursu akcji

opublikowano: 27-06-2019, 22:00

Sporty ekstremalne, ochrona środowiska, wspieranie aspirujących artystów… To pasjonuje lidera rynku windykacji. Dlatego Piotr Krupa, twórca Kruka, balansuje teraz na cienkiej linie oddzielającej jego życie prywatne od zawodowego.

„Czy wierzy pan jeszcze w Kruka?” — ostatnimi czasy założyciel i wieloletni szef największej firmy windykacyjnej nad Wisłą, która mocno rozpycha się na wschód, zachód i południe Starego Kontynentu, często słyszy to pytanie od akcjonariuszy i dziennikarzy ekonomicznych. Pada niemal za każdym razem, gdy Piotr Krupa sprzedaje niewielki pakiet akcji i obligacji Kruka notowanego na Giełdzie Papierów Wartościowych (GPW). Ostatnio w maju. Prezes Krupa zainkasował wówczas 7 mln zł, a wartość giełdowa spółki stopniała jednego dnia aż o 6 proc.

Piotr Krupa, założyciel Kruka, ma wiele pasji - przede wszystkim jednak kocha sport.
Wyświetl galerię [1/9]

Piotr Krupa, założyciel Kruka, ma wiele pasji - przede wszystkim jednak kocha sport. Fot. Marek Wiśniewski

— To dla mnie bardzo wrażliwy temat, bo całkowicie poświęcam się firmie. Kruk jest zdecydowanie moim najważniejszym biznesem i wierzę w niego tak samo mocno jak ponad 20 lat temu, kiedy zakładałem firmę. Z drugiej strony mam pasje i marzenia, których nie mogę realizować z pieniędzy spółki, dlatego co jakiś czas kupuję i sprzedaję pakiet akcji i obligacji niewielki w stosunku do całego portfela, w którym trzymam prawie 10-proc. udziałów. Niestety nikt nie pamięta, że płaciłem za jedną akcję 317 zł, tylko że zarobiłem 270 zł. Moje giełdowe ruchy mogą się nie podobać niektórym akcjonariuszom, jestem tego świadomy, lecz nie chcę być niewolnikiem papierów wartościowych — deklaruje prezes Kruka.

Spółka, która zadebiutowała na warszawskim parkiecie w maju 2011 r., zdobyła giełdowy szczyt w sierpniu 2017 r. Cena za akcję wynosiła wówczas około 350 zł, aktualnie — mniej więcej 160 zł. Piotr Krupa przekonuje, że rynkowa kondycja firmy go nie martwi, bo dzięki operatywności, którą wyssał z mlekiem matki, wie, jak ją poprawić.

Biznesowa nisza

Piotr Krupa dorastał w czasach PRL. Gdy w Polsce rodził się ruch solidarnościowy, przedsiębiorcza rodzina Krupów trudniła się produkcją wafli do lodów. Właściciele firm, których w czasach gospodarki centralnie sterowanej było nieporównywalnie mniej niż obecnie, mieli pod górkę. Piotr Krupa wspomina, że gdy był 10-letnim chłopcem, jego młodszej siostry nie przyjęto do przedszkola, ponieważ pochodziła z rodziny prywaciarzy.

— Rodzice mi udowodnili, że bycie przedsiębiorczym człowiekiem znaczy mniej więcej tyle samo co bycie wolnym. Postanowiłem, że kiedy dorosnę, poprowadzę firmę. Planowałem, że zostanę w rodzinnych stronach, w niewielkim miasteczku w południowo-zachodniej części kraju, i najpierw będę pomagał rodzicom prowadzić biznes, a później go przejmę. Stało się jednak inaczej. Poznałem dziewczynę, moją obecną żonę, z którą wyjechałem na studia. Nie zakładałem takiego scenariusza. Wiedziałem jednak, że nasza relacja może nie przetrwać, jeśli ja zostanę, a ona wyjedzie. Poszedłem na prawo. Studia na Uniwersytecie Wrocławskim ukończyłem z wyróżnieniem w 1996 r. Dostałem się na aplikację sędziowską. Nie udało mi się jednak pogodzić nauki z pracą w sądzie. Przerwałem aplikację i mając 450 dolarów, które dostaliśmy z żoną jako prezenty ślubne, zarejestrowałem firmę — zacząłem z kolegą ze studiów Wojciechem Kuźnickim pisać i wydawać książki prawnicze. Wydawnictwo nazwaliśmy Kruk, od białego kruka, który symbolizuje rzadki egzemplarz książki. Później wróciłem na aplikację i zdałem egzamin na sędziego, lecz ostatecznie wybrałem „wolność” — wspomina Piotr Krupa.

Lata 90. to czas kształtowania się w Polsce kapitalizmu i konsumpcjonizmu. Na wolnym rynku pojawiły się liczne banki i operatorzy telekomunikacyjni obsługujący Kowalskich. Klienci mieli dostęp do coraz szerszej oferty towarów i usług, przez co coraz częściej spóźnialisię z zapłaceniem w terminie raty kredytu i rachunku za telefon. Obszar niezagospodarowany i nieuregulowany aż się prosił o przedsiębiorców. Piotr Krupa i jego wspólnik, mając nosa do intratnego biznesu, szybko porzucili działalność wydawniczą i w 1997 r. przekształcili firmę Kruk — zajęli się windykacją na zlecenie klienta (tzw. inkaso), a w kolejnych latach również zarządzaniem należnościami masowymi na własny rachunek w trzech segmentach wierzytelności: konsumenckich, hipotecznych i korporacyjnych. Przedsiębiorca wspomina, że dużym wyzwaniem było dla niego wyjaśnienie rodzinie, na czym polega biznesowa obsługa dłużników. Zrobił to, posiłkując się historią… z placu zabaw.

— Opowiedziałem im zdarzenie z czasów, gdy mój syn miał kilka lat. Bawiliśmy się łopatką w piaskownicy. W pewnym momencie inny chłopiec pożyczył łopatkę mojego syna, żeby się nią pobawić, a następnie nie chciał jej oddać. Łopatkę zwrócił mojemu synkowi tato tego chłopca. To było właściwe zachowanie, którego rodzice powinni uczyć swoje dzieci. Normą społeczną jest oddawanie tego, co pożyczamy: łopatkę, potem książkę, grę komputerową, a w dorosłym życiu — kredyty zaciągnięte w banku. Postanowiłem, że misją Kruka będzie zarówno pomaganie zadłużonym konsumentom, jak i stanie na straży tej normy społecznej — wyjaśnia Piotr Krupa.

Pierwszy sukces

Przełomowym momentem w działalności Kruka było pozyskanie pierwszego dużego klienta. Została nim firma telekomunikacyjna Era GSM. Za sprawą tego kontraktu rozwiązał się worek z ofertami współpracy, które Kruk dostawał od innych firm telekomunikacyjnych i finansowych. Na horyzoncie pojawili się pierwsi inwestorzy (na tym etapie Wojciech Kuźnicki,

wspólnik Piotra Krupy, wycofał się ze spółki). W 2003 r. pakiet większościowy Kruka przejął globalny fundusz private equity Enterprise Investors. W kolejnych latach spółka finansowała się z pieniędzy nowego właściciela, własnych zysków oraz kredytów i obligacji prywatnych. W 2011 r. Kruk wszedł na giełdę. Gałąź windykacyjna spółki zaowocowała siedmioma milionami zadłużonych klientów, których dynamicznie przybywa z roku na rok. Według Piotra Krupy, jego firmę odróżnia od konkurencji jakość obsługi.

— Badania dowodzą, że osoby zadłużone są ludźmi uczciwymi, lecz pozbawionymi zasobów finansowych, dlatego oczekują od firmy windykacyjnej empatii i współpracy. Rozkładanie długów na raty, bezpośredni kontakt z klientem, programy lojalnościowe i edukacja finansowa — to fundament, na którym zbudowałem Kruka. Traktuję klientów tak, jak sam chciałbym być traktowany, gdybym miał problemy finansowe — czyli godnie. To pomogło mi się wspiąć na polskie podium windykacji — uważa Piotr Krupa.

Kruk wydał serię komiksów dla dzieci i edukacyjną grę planszową „Debt Busters”, poruszające tematy zarządzania finansami. Dziś firma jest międzynarodowym graczem, wokół którego zbudowano wianuszek spółek córek, m.in. kancelarię prawną Raven, biuro informacji gospodarczej ERIF i firmę pożyczkową Novum. Szyldy Kruka można spotkać nie tylko w Polsce, lecz także w Rumunii, Czechach, na Słowacji, w Niemczech, we Włoszech i w Hiszpanii. Windykator zatrudnia ponad trzy tysiące pracowników, w tym ponad 650 w Rumunii, przeszło 220 w Hiszpanii i ponad 200 we Włoszech. Prezes Krupa ma jednak apetyt na więcej. Na pytanie o kierunek rozwoju bez wahania odpowiada, że chce wprowadzić Kruka wszędzie tam, gdzie jest rozwinięty rynek usług bankowych. Czy mu się uda? Biznesmen nigdy nie poddaje się bez walki. Dowodem są jego sportowe dokonania.

— W pewnym momencie życia, to był 2008 r., połknąłem sportowego bakcyla. Zacząłem od biegania. Każdego wieczoru zrzucałem po pracy garnitur, wkładałem sportowe ciuchy i przez godzinę pokonywałem 12 kilometrów. Pamiętam, jak bardzo mi to pomagało w prowadzeniu firmy. Katharsis następowało u mnie zawsze po ukończonym treningu, gdy stawałem pod prysznicem, zmywałem z siebie kurz i pot. Wówczas moją głowę wypełniały endorfiny, myśli ogarniał spokój, stres znikał. Bieganie weszło mi w krew do tego stopnia, że przekraczałem kolejne granice wytrzymałości. Na koncie mam serię sukcesów. Ukończyłem 17 maratonów, w tym m.in. nowojorski, bostoński, chicagowski, berliński, londyński, tokijski i wrocławski. Sześciokrotnie i na kilku kontynentach przekroczyłem linię mety triatlonu na dystansie Ironman, gdzie jednego dnia trzeba przepłynąć 3,8 km, przejechać na rowerze 180 km i przebiec maraton. Treningi przygotowujące do Ironmana są bezcenną lekcją cierpliwości, lecz uczą także koncentracji — podobnie jak w rozwijaniu biznesu liczą się regularność, konsekwencja i mozolne, krok po kroku, pokonywanie kolejnych etapów. Gdy już stanie się na mecie, można poczuć, że nie ma rzeczy niemożliwych — wykłada Piotr Krupa.

Nie satysfakcjonują go wyłącznie szczyty biznesowe. Jest zdobywcą Kilimandżaro, czyli najwyższego szczytu Afryki, rosyjskiego Elbrusa, francuskiego Mont Blanc i południowoamerykańskiej Aconcagui. Nadal czuje jednak niedosyt. Uparcie poszukuje okazji, inicjatyw, które pozwolą mu czynić świat lepszym. Postawił na ekologię i sfinansował produkcję filmu dokumentalnego „Klątwa obfitości” w reżyserii Ewy Ewart.

— To poruszająca historia o wartych około 7 mld dolarów złożach ropy odkrytych w Parku Narodowym Yasuni w Ekwadorze. Wydobycie czarnego złota jest równoznaczne z degradacją bioróżnorodnego środowiska, które natura tworzyła tysiące lat. Władze tego kraju chciały wstrzymać wydobycie pod warunkiem, że otrzymają ekwiwalent od bogatych państw. Uważam, że jesteśmy im to winni. Dlaczego? Bowiem zanim europejskie kraje się wzbogaciły, przez lata truły środowisko dwutlenkiem węgla i fedrowały węgiel. Dziś nie muszą tego robić. Ekwador nie ma wyjścia. Za naszą planetę odpowiadamy globalnie, nie lokalnie. Ja chcę robić wszystko, co w mojej mocy, by chronić Ziemię. Mam nadzieję, że ten film wywoła dyskusję wśród przedsiębiorców takich jak ja, większych bądź mniejszych, zachęci ich do angażowania się w inicjatywy proekologiczne. Marzy mi się, by szefowie wielkich koncernów produkujących napoje usiedli przy jednym stole i zdecydowali, że od stycznia 2020 r. rezygnują z plastikowych butelek — snuje plany wrocławski biznesmen.

Nie tylko ekologia frapuje Piotra Krupę ostatnimi czasy.

— Uwiodła mnie także sztuka współczesna. Ozdabiam ściany domu i biura dziełami aspirujących artystów — Łukasza Stokłosy, Ewy Juszkiewicz, Łukasza Patelczyka, Marcina Zawickiego, Katarzyny Kmity, Urszuli Śliz, Karoliny Balcer i Małgorzaty Pawlak. Obecnie są warte kilka tysięcy złotych, ale wierzę, za kilka lat ich cena będzie o wiele wyższa. Dlatego zachęcam też ludzi z mojego otoczenia do inwestowania w młodą sztukę, zamiast wieszania replik wielkich dzieł. Być może uda mi się wprowadzić sztukę współczesną przynajmniej do polskich biur, bo wprowadzenie ich pod strzechy będzie nie lada wyzwaniem. Co więcej, jestem w trakcie urządzania własnej galerii, w której będę promował młodych artystów. Otwarcie planuję za około półtora roku. Krupa Gallery będzie mieściła się w sercu Wrocławia — na starówce. Liczę, że stworzone przeze mnie miejsce przetrwa lata i będzie kapsułą czasu dla przyszłych pokoleń, by mogły zobaczyć, co inspirowało ludzi w XXI w. — ujawnia Piotr Krupa.

Wyznaczając sobie kolejne, coraz bardziej ambitne cele, Piotr Krupa spełnia się jako człowiek.

— Wiem, że w pojedynkę świata nie zmienię. Jeśli jednak mogę wybrać między robić cokolwiek albo nie robić nic, wybieram to pierwsze. Chcę postępować zgodnie ze swoim sumieniem, dlatego robię to, co robię. Ja, Piotr Krupa, nie prezes Kruka — konkluduje 47-letni biznesmen.

Czy inwestorów giełdowych przekonają pobudki prezesa Kruka, którym kieruje się przy spieniężaniu swoich udziałów w spółce? Czas pokaże. &

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karolina Wysota

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu