Nie czas żałować róż, gdy... kwitnie Wyspa Wisła

JMP Flowers kwitnie na orchideach, ale czuje też nasycenie rynku. Jeden z europejskich liderów w hodowli kwiatów szuka nowych nisz

W tej branży mówi się, że kwiaty są po to, żeby więdły, ale także po to, by puchły portfele. Jarosław Ptaszek od niemal 40 lat buduje potęgę największego producenta kwiatów pod szkłem. Rodzinny konglomerat składa się obecnie z 15 hektarów zadaszonej produkcji, 30 mln kwiatów sprzedawanych rocznie, zysków na poziomie nawet kilkunastu milionów złotych. Ale są też obawy o to, czy przypadkiem europejski rynek nie wszedł w okres przekwitania.

Przestrzeń odpowiedzialna: 30 hektarów Wyspy Wisła to projekt pomyślany przynajmniej na dekady. 20 mln zł, wydane pod przewodnictwem Jarosława Ptaszka, mają dać kopa lokalnej społeczności Stężycy. [FOT. WOJCIECH JARGIŁO]
Wyświetl galerię [1/3]

Przestrzeń odpowiedzialna: 30 hektarów Wyspy Wisła to projekt pomyślany przynajmniej na dekady. 20 mln zł, wydane pod przewodnictwem Jarosława Ptaszka, mają dać kopa lokalnej społeczności Stężycy. [FOT. WOJCIECH JARGIŁO]

— Jesteśmy, jako JMP Flowers, w piątce największych producentów kwiatów pod szkłem na kontynencie. Ostatnie lata generowaliśmy wzrost głównie dzięki rozwojowi produkcji storczyków w segmencie premium. Kończymy kolejną szklarnię i na razie czekamy z inwestycjami na poprawę koniunktury — mówi Jarosław Ptaszek, którego potomkowie to już czwarte pokolenie w ogrodniczej familii z nadwiślańskiej Stężycy nieopodal Dęblina.

Koniec Gierka

W tym roku, według szacunków JMP, sprzedaż róż i anturium utrzyma się na stabilnym poziomie, choć przy malejącej rentowności. Przychody krajowego lidera urosną jednak o 10 proc., do około 110 mln zł, przy zysku około 10 mln zł. A to m.in. dzięki uruchomieniu nowych hal do produkcji niszowych odmian storczyków.

— Storczyki w Polsce są wciąż w modzie. Jednak na kontynencie rynek produkcji nasycił się, nie buduje się już nowych szklarni. Każda następna, większa inwestycja oznacza spadek cen tych kwiatów i wyraźny spadek marży. Za Gierka mieliśmy 70 proc. marży, teraz jest 8 razy mniej — twierdzi Jarosław Ptaszek. Nowe hale posłużą do produkcji miniaturowych orchidei, ale też być może zadomowią się w nich jakieś zupełnie inne kwiaty. Szef JMP nie ukrywa, że nie interesuje go stagnacja. W ostatnich latach na inwestycje, wsparte kredytami, wyłożył 30 mln EUR, hale gospodarstwa Ptaszków naszpikowane są najnowocześniejszą elektroniką i dają pracę 250 osobom. JMP prowadzi właśnie badania marketingowe i eksperymenty we własnym laboratorium mające dać odpowiedź, na jaki asortyment postawić w nadchodzących latach.

Afryka na różowo

Na razie pewne jest to, że segment różany w Europie zajął się ogniem, a słabośćgospodarcza w Europie nie sprzyja kwiatom. JMP eksportuje 85 proc. produkcji.

— Udało nam się swego czasu, jako regionalnemu rodzynkowi, wsiąść do pędzącego pociągu z napisem „Holandia”, bo postawiliśmy na najwyższą jakość produkcji, a nie masowość. Jednak nie pomagają nam m.in. dewaluacja walut u naszych wschodnich sąsiadów, jak też rozwój hodowli róż w Afryce — tłumaczy Jarosław Ptaszek, zwracając uwagę na dziesiątki mniejszych hodowców, także w Polsce, którzy wpadli ostatnio w finansowe tarapaty. Afryka od kilku lat, po cichu, staje się centrum produkcji róż dla Europy. Tam produkcję przenoszą potentaci z kontynentu. Decydują o tym liczby: koszt pracy to 2 USD za osobę dziennie, budowa szklarni pochłania kilkakrotnie mniejszy kapitał, a transport róż to jedynie 3-8 centów za sztukę. Trwają nawet eksperymenty nad tym, by cięte róże wozić kontenerami z Azji. Jarosław Ptaszek w jednym jednak nie zamierza ustąpić — może zmienić asortyment, ale nie zejdzie z jakości („tanie mięso jedzą psy” — mówi). Najbliższe kwartały poświęci zatem na umiejętne balansowanie biznesu.

— Tu jest jak w Formule 1. Za szybko jedziesz, to tracisz na jakości, niszczysz bolid. Za wolno jedziesz, tracisz na wydajności, gubisz równowagę — tłumaczy współtwórca JMP Flowers.

 

Jarosław Ptaszek udowodnił, że na nadwiślańskich łąkach można mądrze wydać 20 mln zł. W imię społecznej odpowiedzialności biznesu

Nieużytki rolne 100 km od Warszawy, na których co najwyżej można było konie paść. Co zatem zrobili mieszkańcy 2,5-tysięcznej Stężycy pod wodzą Jarosława Ptaszka, właściciela JMP Flowers? Wykarczowali społecznie 30 ha i rozpoczęli projekt lokalnej społeczności wart 20 mln zł. Dziś centrum rekreacyjne Wyspa Wisła działa pełną parą i zbliża się do pierwszych zysków. Rocznie ma je odwiedzać 100 tys. osób. — To największy unijny projekt realizowany przez organizację pożytku publicznego, jak i fenomen społeczny. Ponad 60 proc. pieniędzy pochodzi z UE, resztę zdobyliśmy sami — mówi Jarosław Ptaszek, który jest mózgiem idei Wyspy Wisła oraz głównym wspierającym projekt finansowo. Właścicielem Wyspy Wisła jest Towarzystwo Przyjaciół Stężycy (TPS), które szefem jest Ptaszek.

TPS postawiło sobie za cel tchnąć nową jakość w podupadającą miejscowość. Właściciel JMP Flowers, który w wyborach samorządowych zdobył fotel radnegoz największą liczbą głosów w powojennej historii miejscowości, optował za turystyką.

— Wyspa leży w wyjątkowym miejscu nad Wisłą. To ma być uzupełnienie lub przystanek na trasie warszawiaków, radomian czy lublinian do Kazimierza Dolnego — uważa przedsiębiorca. Do zaaranżowania przestrzeni, budowy amfiteatru i budynku konferencyjnego z restauracją zaangażował swojego ulubionego architekta — Czesława Bieleckiego. Po przebiciu się przez krętą i dziurawą drogę z Warszawy do Stężycy upstrzoną nie najlepiej prezentującymi się gospodarstwami Wyspa Wisła jawi się niczym lądowisko kosmitów: odważna architektura, pół kilometra plaży, wypożyczalnie sprzętu wodnego, 10 tys. roślin, kilometry ścieżek rowerowych, place zabaw, mosty. Jest też pokaźna górka, na której docelowo ma stanąć wyciąg narciarski.

— W sezonie na wyspie pracuje nawet 50 osób, ceny gruntów w okolicy idą w górę. Sam podżyrowałem kredyt na 3,5 mln zł dla tej inwestycji, więc zakładam, że większe zyski pojawią się wkrótce i pozwolą spłacić zadłużenie, a potem dofinansować rozwój projektu dla dobra naszej małej ojczyzny — mówi szef JMP Flowers. Pytany o to, dlaczego zdecydował się ryzykować majątek w projekcie publicznym, zamiast inwestować go w rozwój szklarni, odpowiada krótko: — Wiem, na czym polega społeczna odpowiedzialność biznesu. [KAJ]

„PB” — 7 lipca 2014

 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karol Jedliński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Nie czas żałować róż, gdy... kwitnie Wyspa Wisła