Nie każdy chce taniej ropy

Mikołaj ŚmiłowskiMikołaj Śmiłowski
opublikowano: 2022-09-13 20:00

Popyt i podaż od kilku miesięcy falują kursem surowca. Mimo że zmienność jest duża, na znaczną przecenę nie ma co liczyć, gdyż to producenci rozdają karty.

Przeczytaj artykuł i dowiedz się:

  • z czego wynikała surowcowa hossa
  • co spowodowało wakacyjne spadki cen ropy
  • jak producenci walczą z obniżką cen
  • jakie czynniki będą wpływają na kursy baryłek
Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

Rynek ropy od dłuższego czasu pozostaje napięty. W drugiej fazie pandemii chronicznemu niedoborowi podaży towarzyszył wysoki popyt. Trzy miesiące temu sytuacja jednak się zmieniła i zaczęto kwestionować przyszłe zapotrzebowanie na ropę. Widmo recesji w Europie oraz problemów chińskiej gospodarki skłoniło analityków do rewizji prognoz i doprowadziło do nagłej przeceny. Kontrakty na ropę brent oraz WTI w wakacje potaniały o około 20 proc.

Zjazd cenowy zakończył się jednak, gdy do gry weszli producenci “czarnego złota”. Kartel OPEC, w którego skład wchodzą najwięksi wytwórcy ropy na świecie, w środę, 7 września po raz pierwszy od roku zapowiedział zmniejszenie średniej dziennej podaży surowca. Efekt był piorunujący - cena baryłki w kilka dni podskoczyła z 87 USD do 95 USD. W obliczu nadchodzącego całkowitego embargo na rosyjską ropę w Europie, pozycja OPEC tylko się umocni i to ta organizacja będzie nadawać ton rynkom.

- Budżety państw członkowskich OPEC zostały poturbowane przez pierwsze miesiące pandemii i potężne spadki cen ropy. Obecnie kartel odrabia straty po pandemii i najprawdopodobniej nie pozwoli na szybki spadek cen. Prawdopodobieństwo wystąpienia niższych poziomów cen ropy bez interwencji OPEC wydaje się relatywnie niskie - mówi Daniel Kostecki, dyrektor polskiego oddziału Conotoxia.

Zmiana oczekiwań

Na początku 2022 r. mogło się wydawać, że hossa na ropie prędko nie dobiegnie końca. W I kwartale rozmiary produkcji nadal były znacznie poniżej poziomu sprzed pandemii, dlatego rynek wyceniał niską podaż. Wojna w Ukrainie i wynikające z niej zagrożenie dla dostaw ropy oraz gazu spowodowały, że wzrosły obawy nie tylko o to, , że ropy będzie mniej, ale też że będzie ona bardziej pożądana jako substytut dla gazu. Niedługo później inwestorzy ostrzyli sobie zęby na otwarcie gospodarki chińskiej, które wzmocniłoby popyt. Bank JPMorgan przewidywał możliwość wzrostu cen nawet do 185 USD za baryłkę.

- Stronę popytową wspierał mocny wzrost cen gazu. W takich okolicznościach ropa jest coraz częściej wykorzystywana do produkcji energii elektrycznej. Co więcej, rosnące ceny gazu powodują również wzrost kosztów przetwarzania w rafineriach - mówi Łukasz Zembik, analityk TMS Brokers.

Bycze prognozy zostały dość szybko zweryfikowane przez zmianę koniunktury. Pomijając fakt, że Chiny zupełnie zawiodły oczekiwania i do dzisiaj w pełni nie otrząsnęły się z kryzysu pandemicznego, głównym czynnikiem działającym jak grawitacja na kursy ropy stał się kryzys w Europie. Ekonomiści zaczęli traktować ryzyko recesji na starym kontynencie bardzo poważnie, co dość szybko podłapali inwestorzy. Przewidywania co do europejskiego popytu na surowce zmalały i automatycznie znalazły odzwierciedlenie w cenie baryłki.

W międzyczasie wydobycie ropy rosło, a informacje płynące od producentów nie wskazywały na rychłą zmianę stanu rzeczy. Joe Biden, prezydent USA, udał się nawet ze specjalną wizytą do Arabii Saudyjskiej, mimo dotychczas kiepskich relacji z tamtejszym księciem, aby negocjować dalsze zwiększanie podaży. Tego typu determinacja skłoniła graczy giełdowych do myślenia, że produkcja będzie zwiększana. Rynek odetchnął, co znalazło odzwierciedlenie w spreadach na kontraktach - różnica w wycenie dwóch najbliższych serii futures zaczęła maleć. Oznaczało to, że inwestorzy coraz mniej bali się o przyszłość.

Zarządzanie rynkiem

Brak obaw o dostępność jednego z najbardziej pożądanych surowców z pewnością nie był na rękę jego producentom. Sprzedający ropę od dłuższego czasu notują oni rekordowe przychody i z pewnością chcieliby ten stan utrzymać możliwie długo. Nie jest to spekulacja, ale fakt potwierdzony przez saudyjskiego księcia w ubiegłym tygodniu. Ogłosił on, iż w październiku 2022 r. dzienna podaż ropy kartelu OPEC zostanie zmniejszona o 100 tys. baryłek - dokładnie tyle, o ile została zwiększona po wizycie Joe Bidena.

-Ta decyzja ma być dowodem na to, że nie zawahamy się użyć wszystkich dostępnych nam narzędzi. Zamierzamy pozostać aktywni, będziemy na bieżąco reagować na wydarzenia rynkowe, tak aby podtrzymać stabilność oraz efektywność rynku, z korzyścią dla jego uczestników - powiedział książę Abdulaziz bin Salman, piastujący stanowisko Ministra Energetyki w Arabii Saudyjskiej.

Ruch kartelu zaskoczył inwestorów, którzy spodziewali się utrzymania produkcji na niezmienionym poziomie. W obliczu całkowitego zakazu skupu rosyjskiej ropy, który wkrótce zacznie obowiązywać w Europie, mniejsza produkcja na Bliskim Wschodzie mogłaby spowodować powrót niedoboru podaży. Ceny pokazały, że właśnie tak sytuację ocenili inwestorzy.

- Realnym scenariuszem może być stabilizacja cen ropy w przedziale 80-100 USD. Z jednej strony OPEC reaguje na szybkie spadki notowań, z drugiej strony USA nie pozwala na gwałtowny wzrost cen. Stąd scenariusz konsolidacji może być scenariuszem bazowym – mówi Daniel Kostecki.

Od teraz oprócz spotkań amerykańskiego Fedu, inwestorzy będą więc bacznie obserwować treść konferencji kartelu OPEC. W przeciwieństwie do Rezerwy Federalnej nie musi się on trzymać oficjalnego kalendarza i ma możliwość natychmiastowej reakcji na wydarzenia rynkowe.

- Następne regularne spotkanie zaplanowane jest na 5 października. W ostatnim komunikacie prasowym poinformowano jednak, że w każdej chwili może zostać zwołane kolejne spotkanie, jeśli zajdzie taka potrzeba. Stało się jasne, że OPEC+ nie chce zaakceptować wyraźniejszego spadku cen i prawdopodobnie wprowadzi dalsze cięcia produkcji, jeśli uzna je za konieczne – dodaje Łukasz Zembik.

Nowe dane dalej straszą
Nowe dane dalej straszą
Informacje przekazane przez agencję Bloomberg, dotyczące eksportu ropy z wybranych państw członkowskich OPEC również niepokoją - eksport surowca z Nigerii spadł w sierpniu poniżej 1 mln baryłek dziennie, osiągając nowy rekordowo niski poziom, podobnie jak eksport z Kazachstanu.
fot. Angus Mordant/Bloomberg

Nie tylko kartel

Ciosem w oczekiwania co do produkcji ropy było też załamanie się rozmów Amerykanów z przedstawicielami Iranu. Państwo położone między morzami Kaspijskim i Arabskim miało od Stanów Zjednoczonych otrzymać dostęp do broni nuklearnej, w zamian za zwiększenie podaży “czarnego złota”. Jak podał Anthony Blinken, Sekretarz Stanu USA, rozmowy zostały jednak przerwane na czas nieokreślony.

Podwyżka na giełdowych baryłkach spowodowana była również przez czynnik czysto makroekonomiczny, tłumaczony typowymi mechanizmami rynkowymi. W obliczu wyższych stóp procentowych w strefie euro oraz przewidywanego wkrótce szczytu inflacyjnego w USA, dolar stracił na sile. Kiedy jednak okazało się, że inflacja w sierpniu urosła, dolar znowu się umocnił, a ropa nieco się osunęła.

Produkcja świadomie ograniczana
Michał Stajniak
Analityk XTB Domu Maklerskiego

Jeśli kraje członkowskie OPEC produkowałyby tyle, ile przed pandemią, za baryłkę ropy płacilibyśmy dzisiaj 60-80 USD. Na horyzoncie raczej nie widać perspektywy powrotu produkcji na wyższy poziom, również z tego względu, że infrastruktura w wielu krajach kartelu jest niedoinwestowana.

Spadek cen poniżej 80 USD najprawdopodobniej będzie wiązał się z interwencją ze strony OPEC, gdyż jest to cena przy której bilansuje się większość budżetów państw arabskich, w tym Arabii Saudyjskiej. Tego rodzaju przecena byłaby możliwa jedynie w przypadku mocnej recesji gospodarczej.