Niemal dwa lata rządów Leszka Millera upłynęły pod znakiem obwiniania o sytuację gospodarczą w kraju poprzedników i Radę Polityki Pieniężnej oraz obiecywania istotnych, niezbędnych reform. Dokładnie odzwierciedla to stan naszej gospodarki, która rozwija się coraz szybciej, wciąż jednak poniżej potencjalnych możliwości, a główną plagą społeczną pozostaje rosnące bezrobocie. Mimo że właśnie na rynku pracy rząd zrobił zdecydowanie najwięcej, w czym spora zasługa ministra Jerzego Hausnera.
Częściowa liberalizacja rynku pracy przyniesie rezultaty, choć oczekiwanie na nie już dziś jest przedwczesne. Ekonomiści nie mają wątpliwości — potrzebne są dalsze reformy. Rynek pracy wymaga dalszej deregulacji. Przedsiębiorcy narzekają na zagmatwany system prawny i podatkowy oraz na bezwład administracji państwowej. Gruntownej reformy — zwłaszcza po stronie sztywnych wydatków socjalnych — wymaga system finansów publicznych. Tymczasem rząd tylko zapowiada — mamy zarys projektu reformy, mamy obietnice dalszej prywatyzacji. Nie wiemy zatem, kiedy zapowiedzi się wreszcie spełnią.
Rząd na razie nie ma czym się chwalić — ustawa winietowa, abolicja podatkowa i deklaracje majątkowe, reforma reformy służby zdrowia oraz matactwa przy pracy nad niesławną nowelą ustawy o radiofonii i telewizji to tylko niektóre przykłady ewidentnych porażek gabinetu Leszka Millera. Nie bez kozery ekonomiści powtarzają — co doprowadza zapewne rząd do wściekłości — że jedynym sukcesem polskiej gospodarki jest niska inflacja — skutek działalności krytykowanej przez polityków RPP. Sukcesem polskich firm jest coraz szybszy — głównie dzięki eksportowi — wzrost gospodarczy. Jedynym sukcesem rządu wdaje się zakończenie negocjacji członkowskich z Unią Europejską. Choć i tu jeszcze długa droga przez nami — mniejszościowy rząd musi przekonać większość obywateli, by poszła do urn i głosowała na tak.