Pół roku po przystąpieniu Polski do Unii widać, że mylili się zarówno ci, którzy przepowiadali, że po 1 maja 2004 r. dotknie nasz kraj siedem plag egipskich, jak i ci, którzy zapowiadali, że na drzewach będą rosły garnitury, a żywić się będziemy manną z nieba. Mylili się zresztą nie tylko skrajni pesymiści i optymiści. Już pierwsze miesiące pokazały, że pewne procesy przebiegają zupełnie inaczej, niż mówiły prognozy.
Ot, chociażby rolnictwo. Rolnicy, zastraszeni przez popularnych wśród nich polityków, którzy byli gotowi przysięgać, że po akcesji kury przestaną nieść jajka a krowy dawać mleko, obawiali się wszystkiego najgorszego. Tymczasem... Polscy rolnicy najlepiej ze wszystkich swoich kolegów z krajów unijnych poradzili sobie ze składaniem wniosków o dopłaty bezpośrednie. W efekcie stają się właśnie (bo pieniądze już są wypłacane) największymi i najszybszymi beneficjentami naszego przystąpienia do Unii. Dodatkową korzyścią dla tej grupy jest istotny wzrost cen niektórych produktów rolnych. I nawet po odjęciu kosztów, w postaci zwiększonych podatków pośrednich wpływających na koszty maszyn i środków do produkcji, ponad 60 proc. dopłat (to nie szacunki, to wyliczenia konkretnego, dużego producenta rolnego) pozostaje jako przychód nadzwyczajny.
Z nieco innymi obawami i nadziejami patrzyli na swoją unijną przyszłość przedsiębiorcy. Z jednej strony strach przed nieznanym, z drugiej — wielkie wyzwanie. Wbrew obawom, fundusze pomocowe absorbowane są przez prywatny biznes bardzo sprawnie. Nieco gorzej przygotowane są do tego instytucje państwowe i samorządy. Ale przyzwyczajeni do nauki kapitalizmu na kursach eksternistycznych szybko uczymy się procedur obowiązujących w Unii. A jeżeli dajemy sobie radę z naszą biurokracją, to i brukselska nam niestraszna. Przecież Polak potrafi.