Nie ma tego złego

Mira Wszelaka
opublikowano: 2005-06-20 00:00

Każdy ład wyłania się z chaosu. W tym kontekście porażka ratyfikacji eurokonstytucji we Francji i Holandii oraz fiasko szczytu w Brukseli, wydają się idealnym klimatem do niezbędnych zmian.

Oczywiście można dyskutować, czy warunki budżetowego kompromisu zaproponowane przez Luksemburg były dla Polski korzystne. Trudno pogardzić zarówno 60 mld EUR, które w latach 2007-13 - przynajmniej w teorii — miały trafić nad Wisłę, jak i nieco łatwiejszymi warunkami ich absorpcji. Szkoda, że się nie udało, bo politycy po pierwsze: mieliby problem z głowy; po drugie: wróciliby do kraju w glorii i chwale.

Los, lub jak niektórzy twierdzą — premier Tony Blair, chciał jednak inaczej. Brak brytyjskiej zgody na kompromis, do której przyłączyły się też inne kraje, nie miał jednak wiele wspólnego z pieniędzmi (czytaj: zachowaniem rabatu, czyli obniżonej składki). Brytyjski premier wielokrotnie powtarzał, że chodzi mu o zasady i z uporem naciskał na zmiany w strukturze budżetu dotyczące głównie rolnictwa. Co ciekawe, cięcia lub też inne oszczędności - wedle propozycji Londynu — miały omijać nowych, biedniejszych członków UE. Tak więc powszechne twierdzenie, że stara Unia nie chce płacić za rozszerzenie, to tylko część prawdy. W rzeczywistości, Paryż i Berlin nie chcą zmian. Pierwszy zainteresowany jest utrzymaniem dojnej krowy, czyli wyjątkowych rolnych przywilejów, drugi - zamrożeniem wydatków na integrację, mimo rozszerzenia UE.

Tymczasem Tony Blair, to jedyny przywódca Unii, który zdaje się mieć wizję dalszego rozwoju Europy. Wykorzystując zarówno osłabienie Francji jak i niepewną sytuację kanclerza Gerharda Schroedera (który prawdopodobnie dotrwa przy władzy tylko do jesiennych wyborów) Londyn podczas przewodnictwa w UE, będzie forsował zarówno reformy gospodarcze, jak i nową wizję budżetu w duchu anglosaskiego liberalizmu. Ryzykownie byłoby już dziś zakładać, że mogłoby się to stać kosztem nowych członków Unii. Zresztą nic o nas bez nas.

Dziwi także larum, jakie podniesiono w związku z brakiem kompromisu budżetowego. Polsce nie przepadły jeszcze żadne pieniądze, a rzekome opóźnienia w uruchamianiu pomocy to teza postawiona na wyrost. Prowizorium budżetowe, które miałoby nas pozbawić około 4 mld EUR wejdzie, jeśli przez ponad rok nie uda się zawrzeć porozumienia.

W końcu trudno nie zgodzić się z naszymi dyplomatami, którzy do znudzenia powtarzali w Brukseli, że priorytetem Polski jest obecność w środku Europy i współdecydowanie o jej przyszłości. To jednk nie może zwalniać od odpowiedzi na pytania, jaka ma być ta Polska, i w jakiej Europie? Może więc przyszedł czas na generalne porządki, zarówno w UE, jak i na własnym podwórku, a nie kurczowe trwanie w nadziei, że ktoś zrobi to za nas. Unia ma chociaż Blaira...