Już dziś pracodawcy narzekają na jakość absolwentów. Uważają, że studia kiepsko przygotowują do wyzwań rynku pracy. Potwierdza to rosnący odsetek bezrobotnych z dyplomami. A może być jeszcze gorzej. Bo - jak pisze bloger "Polityki" Dariusz Chętkowski - uczelnie, aby przetrwać, rezygnuje z jakichkolwiek wymagań. Biorą każdego z maturą.

Do podjęcia studiów uprawnieni są absolwenci szkół średnich, którzy uzyskali na maturze co najmniej 30 procent z każdego obowiązkowego przedmiotu. Teraz uczelnie dopominają się, aby tę przeszkodę znieść. Do zagospodarowania byłoby bowiem kilkadziesiąt tysięcy osób, które uzyskują wynik niższy, czyli matury nie zdają.
Zdarza się, że polonistykę studiują ludzie, którzy na egzaminie maturalnym z języka polskiego uzyskali minimum punktów, czyli naciąganą dopuszczającą. Można zapytać: jacy z nich będą kiedyś poloniści? Jeśli szkoły wyższe obniżą poprzeczkę również przyszłym informatykom, marketingowcom czy absolwentom zarządzania, to o los polskiej gospodarki już dziś trzeba się dość mocno zamartwiać.