Nie milkną działa na wojnach walutowych

Michał Żuławiński Bankier.pl
opublikowano: 29-03-2016, 22:00

O wojnach walutowych mówi się raz głośniej, raz ciszej, ale jedno się nie zmienia — wciąż kształtują one krajobraz rynków finansowych.

Temat co jakiś czas wychodzi z „ekonomicznego podziemia” i trafia na okładki oraz strony główne najważniejszych mediów branżowych, a nawet przedostaje się do treści skierowanych do odbiorcy masowego. Obecnie znów mamy do czynienia z pewnego rodzaju przypływem zainteresowania, a jako że „pierwszą ofiarą wojny jest prawda”, warto usystematyzować kilka kwestii.

Wojny słabeuszy

Wojna walutowa to wyjątkowy rodzaj wojny, w którym rywalizacja idzie nie o miano najsilniejszego, lecz najsłabszego. Konkretnie — o jak największe osłabienie własnej waluty względem waluty innych graczy. Fachowo nazywa się to „konkurencyjna dewaluacja”, potocznie — „okradnij swojego sąsiada”. Wojnę walutową prowadzi się w celu wsparcia eksportu, który w teorii ma być kołem zamachowym całej gospodarki.

Pokusa jest spora, bo w krótkim terminie i bez kosztownego zwiększania efektywności na drodze innowacji czy reform można poprawić konkurencyjność własnych towarów i usług. Ofiarami są importerzy i posiadacze dewaluowanej waluty, której siła nabywcza spada z napływem na rynek nowych pieniędzy. Tego — z oczywistych względów — „walutowi generałowie” na sztandary już nie biorą.

Wojny walutowe nie są wypowiadane w sposób otwarty. Banki centralne zapewniają, że ich decyzje wynikają z dogłębnej analizy makroekonomicznych fundamentów. W rzeczywistości jednak na zmiany w ich polityce rynkowe kursy reagują natychmiastowo, natomiast mechanizm transmisji monetarnej do gospodarki nie funkcjonuje tak, jak chcą tego podręczniki — gdyby było inaczej, to lata niemal darmowego kredytu już dawno wyciągnęłyby z gospodarczej zapaści Japonię czy strefę euro.

Świat w ogniu wojny

Najnowsza historia wojen walutowych sięga czasów Wielkiego Kryzysu, a ich korzenie tkwią głęboko w mrocznych wiekach merkantylizmu. Ostatnio jednak w tym kontekście najwięcej mówi się o Chinach. Decyzja o dewaluacji juana w sierpniu 2015 r. bywała odczytywana jako akt wypowiedzenia wojny reszcie świata. Trudno bezrefleksyjnie przyjąć taki punkt widzenia, ponieważ wcześniej inne monetarne mocarstwa celowo i metodycznie osłabiały własne waluty (i nadal to robią).

Chociaż w USA doszło do pierwszej od dziewięciu lat podwyżki stóp, to nie można zapominać, że przez lata Fed tłoczył kolejne miliardy w ramach rozmaitych programów, z QE na czele. Tani jen to podstawa polityki gospodarczej realizowanej od 3 lat przez duet Abe-Kuroda.

„Drukować” nie przestaje także Europejski Bank Centralny, a niekonwencjonalne instrumenty monetarne mają w strefie euro pozostać w użyciu do początku przyszłej dekady. Do tego dodać należy kolejne kraje, które w obawie przed nadmiernym umocnieniem waluty decydują się na zejście ze stopami poniżej zera. Pełna lista kolejnych ruchów poczynionych w ramach wojen walutowych jest bardzo długa. Jak wyliczył Bank of America Merrill Lynch, w od 2008 r. na świecie doszło do ponad 630 obniżek stóp, a banki centralne skupiły aktywa o wartości ponad 12 bln USD.

Na tym tle Polska, z jednymi z najwyższych stóp w regionie oraz brakiem programów interwencyjnych, prezentuje się dość konserwatywnie. Nie znaczy to, że wojny walutowe nas nie dotyczą — ostatecznie np. zmienność EUR/USD wpływa niemal na wszystkie rynki — jednak rola NBP sprowadzała się raczej do reagowania na sytuację zewnętrzną. Wbrew wcześniejszym prognozom, nowa RPP nie rozpoczęła kadencji od cięcia, a złoty mógł odrabiać straty poniesione w ostatnich miesiącach.

Czekając na pokój

Globalny system płynnych kursów walutowych trzeszczy coraz mocniej, jednak końca epoki wojen walutowych nie widać. Owszem, kolejne szczyty G20 kończą się deklaracjami powstrzymania się od „dewaluacji na wyścigi”, jednak… na deklaracjach się kończy. Ostatnio na rynkach pojawiła się plotka o „porozumieniu szanghajskim”, które rzekomo miało ograniczyć umocnienie dolara.

Niezależnie od jej prawdziwości, można założyć, że zakulisowe rokowania pokojowe gdzieś się toczą, a oprócz czynników czysto ekonomicznych, w grę wchodzi także wielka geopolityka. Miejmy nadzieję, że tym razem nowy ład monetarny nie będzie ładem powojennym. © Ⓟ

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Michał Żuławiński Bankier.pl

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Świat / Nie milkną działa na wojnach walutowych