Makatki tej treści, w latach sześćdziesiątych, były bardzo rozpowszechnione w polskich wiejskich domach. Były one zapożyczeniem z tradycji niemieckiej, tym bardziej więc premier, wywodzący się przecież z Gorzowa, z pewnością miał się z nimi okazję zetknąć, choćby gdzieś podczas wakacji na wsi. I powinien je pamiętać. A jeżeli nie pamięta — to z pewnością są do kupienia na Allegro.
Tymczasem premier, niepomny tej wyszywanej mądrości życiowej, ujawnił, jak jego syn, podczas pogwarek przy niedzielnym obiadku, określa, najpierw przyjaciół, partnerów, ale teraz to już tylko przeciwników politycznych taty z Platformy Obywatelskiej: cieniasy. Syn ma prawo, tym bardziej przy deserze, mówić różne rzeczy i w różny sposób — w końcu to jego dom i poprawność polityczna nie obowiązuje. Ale żeby zaraz tata premier leciał z tym do telewizji? A fe.
Premier, którego nieskazitelny obraz medialny, starannie wyreżyserowany i wykreowany, będący wynikiem prac dużego zespołu, ale i niewątpliwie cech osobistych, jest srebrem rodowym całego Prawa i Sprawiedliwości, nagle pozwala sobie na takie faux pas. To niechybny znak, co wiadomo wszak od wczoraj, że kampanii wyborczej jednak teraz nie będzie. Ale jeżeli nawet tak, to czy warto takimi „zwischenrufami” burzyć starannie i z takim trudem zbudowany obraz. Wszak, niezależnie od tego, jak długo, wszyscy wolimy, w zalewie politycznego chamstwa, prostactwa i grubiaństwa, chociaż premiera (nasze wspólne dobro) mieć grzecznego, kulturalnego i sympatycznego. Panie premierze...