Nie można poddawać się ślepej modzie

Jarosław Kostrzewa
opublikowano: 2001-10-29 00:00

Niemal każdy inwestor wie, co to są tzw. gorące tematy. Z reguły pod tym pojęciem rozumie się jakieś modne spółki lub branże, których akcje rosną w zawrotnym tempie. Jest jednak i druga strona tego zjawiska, o której znaczna część graczy zdaje się zapominać. Inwestorzy dokonując zakupów „gorących walorów” robią to w taki sposób jakby nigdy nie pamiętali albo nie wiedzieli z historii, w jaki sposób kończy się wzrost, który z reguły jest mocno oderwany od tego, co się dzieje w samej firmie. Gracze, poddani ślepemu pędowi, zapominają wówczas o kwartalnych sprawozdaniach finansowych i o tym np., w jaki sposób zarząd ma zamiar poradzić sobie z konkurencją. Radosne kupowanie akcji, które nie ma związku z sytuacją finansową spółki, kończy się w większości przypadków opłakanie. Siła oddziaływania rosnących kursów akcji jest jednak tak duża, że inwestorzy zapominają nawet o analizie technicznej.

Jest to przemilczany problem, na który jednak warto zwrócić uwagę. Dzięki niemu można uświadomić wszystkim inwestującym na rynku kapitałowym, że kursy akcji nie mogą poruszać się w kierunku przeciwnym do wyników finansowych. Słabe wyniki są bowiem niczym kula u nogi, wcześniej czy później ściągną w dół cenę akcji.

Jedną z modnych branż na GPW była kiedyś branża budowlana, która swego czasu przewodziła parkietowi. Patrząc jednak z perspektywy czasu, można wysunąć wniosek, że w ferworze kupowania walorów przedstawicieli tego sektora tylko niewielu inwestorów zdawało sobie sprawę, iż największa spółka budowlana miała jedynie około 3-proc. udział w całym rynku. Co to oznaczało? To, że branża ta jest niezwykle rozproszona i podatna na agresywną konkurencję, której działanie doprowadza do spadku marż. Drenowanie marż na tym rynku stało się faktem i w późniejszych okresach spółki budowlane zaczęły wykazywać coraz słabsze wyniki. Któż nie pamięta przy tym, jakie piękne perspektywy roztaczali przed sektorem analitycy. Sugerowali, że w Polsce jest do postawienia bardzo dużo nowych obiektów, czy to przemysłowych czy komunalnych, o programie budowy autostrad nie wspominając. Jednak ci analitycy zdawali się zapominać w swoich prognozach o jednym —o zażartej konkurencji na tym rynku, która w konsekwencji zniszczyła pozytywny, w rozumieniu giełdowym, wizerunek branży.

Inną ciekawą branżą, która miała się rozwijać w szybkim tempie, były banki. Co ciekawe, faktycznie tak było, tyle tylko, że był to rozwój ekstensywny, bez zwracania uwagi na koszty. Niemal każdy duży bank deklarował objęcie kontroli nad 20 proc. rynku. Wymagania klientów i konkurencja zmusiły banki do wydatkowania ogromnych środków na inwestycje w sieć oddziałów. Nie mogło to oczywiście nie znaleźć przełożenia na wyniki finansowe. Obecne ceny akcji dużych banków znajdują się na poziomie z 1996 r. I wcale nie będzie można mówić o zaskoczeniu, gdy za jakiś czas usłyszymy, że ten czy ów bank dokonał właśnie likwidacji ze względu na niską rentowność części swoich niedawno utworzonych placówek.

Gorącym tematem jest „internetowa gorączka”. Kwestię tę można pozostawić jednak bez komentarza, gdyż wszyscy uczestnicy rynku mają świeżo w pamięci, co się wydarzyło i jakie były tego konsekwencje.

Swego czasu w Ameryce jednym z „gorących tematów” była branża produkcji dywanów i wykładzin. Każda gospodyni chciała mieć podłogę wyłożoną wykładziną, lecz wówczas był to towar dosyć drogi. W końcu ktoś jednak wymyślił nowy proces produkcyjny, tzw. tufting, który drastycznie obniżył koszty produkcji. Na dodatek inny wynalazca zautomatyzował krosna tkackie. W efekcie ceny wykładzin spadły siedmiokrotnie. To z kolei napędziło popyt, który rósł z miesiąca na miesiąc o setki procent. Przed tym boomem wykładziny były droższe niż podłoga drewniana. Dzięki obniżce kosztów produkcji wykładzin cena podłóg drewnianych zaczęła przewyższać „rynkową nowość”. Tym samym klasa wyższa przerzuciła się na podłogi drewniane, a ludzie gorzej uposażeni zaczęli masowo stosować wykładziny zamiast drewna. Sprzedaż wykładzin gwałtownie wzrosła i kilku wytwórców tego produktu zaczęło zarabiać tyle pieniędzy, że nie wiedziało, jak je sensownie spożytkować. Analitycy zaczęli wtedy rekomendować zakup walorów producentów, argumentując to niemal nie kończącym się boomem na ten wyrób. Do czołówki producentów dołączyło w krótkim czasie około dwustu mniejszych i większych konkurentów. Wszyscy zaczęli walczyć o tych samych klientów. W konsekwencji, ceny wykładzin spadły do tego poziomu, że nie było już mowy o jakichkolwiek sensownych zyskach.

Warto więc pamiętać, że to co może w pewnym stopniu uchronić firmę przed konkurencją, to przede wszystkim dobry patent na produkt lub trudna do zdobycia nisza. Jeśli firma nie posiada takich atutów, to powinna bardzo ostrożnie wydawać pieniądze, ponieważ w trudnych czasach są one najcenniejszym aktywem.