Maciej Niebrzydowski jest osobą budzącą wiele emocji. Zarówno pozytywnych, jak i negatywnych. Drobni gracze na pojawienie się Elżbiety Sjöblom, jego matki, w akcjonariacie spółek odpowiadają hurraoptymizmem.
Jednak jego nazwisko pojawiało się wielokrotnie w mediach w związku z tzw. grupą skierniewicką. Interesują się nim nie tylko media i inwestorzy. Jego transakcje bada Komisja Nadzoru Finansowego (KNF) i prokuratura. On sam uważa, że atmosfera wokół niego jest przede wszystkim wynikiem niekorzystnych zbiegów okoliczności.
— Grupa skierniewicka to wymysł. Nic takiego nie istnieje — mówi Maciej Niebrzydowski. Według niego, legenda grupy opiera się na prostym fakcie, że w Skierniewicach istnieje tylko jedno biuro maklerskie.
— Wszyscy się tam znali, bo był to pokoik dwa metry na dwa, a w kącie makler. Łatwo było usłyszeć, jakie kto składa zlecenia. Cóż w tym dziwnego, że ktoś kupował te same akcje co ja? — pyta inwestor.
Wśród giełdowych graczy wiele wątpliwości budzi to, że Maciej Niebrzydowski nie inwestuje pod własnym nazwiskiem.
— To pieniądze mamy i ona jest właścicielką akcji. Ja tylko nimi zarządzam. Ważniejsze decyzje w przypadku dużych inwestycji podejmujemy wspólnie. Nie ma powodu, by to zmieniać — tłumaczy Maciej Niebrzydowski.
Decyzja ta nie ma nic wspólnego z problemami z KNF, choć inwestor uważa, że komisja zbyt mocno chce regulować rynek. Nam opowiada, jak doszło do transakcji, które badają komisja i prokuratura.
Katarzyna Latek
Puls Biznesu wyd. 2375, s. 5