Wynegocjowana do końca marca 2015 r. cena jest znana — 385 USD za 1000 m sześc. Gazprom, zgadzając się na taką stawkę, oszacował długość i ostrość zimy. Pozostaje jeszcze drobiazg — Ukraina praktycznie jest niewypłacalna w kwestii miliardowych zaległości. Jej jedyną szansą staje się skorzystanie z pomocy unijnej.
Na szczęście Polska znajduje się w nieporównanie lepszej sytuacji zaopatrzeniowej. Nie tylko od Ukrainy, lecz także od państw Europy Południowej i Wschodniej. Gdyby nawet powtórzyło się znikanie gazu w tranzycie przez Ukrainę, powodujące zakręcenie rosyjskich zaworów, możemy zrekompensować deficyt dostawami przez Białoruś, a także połączeniami z Czechami i Niemcami. Do tego dochodzi wydobycie krajowe oraz pojemność magazynów. Gazowe kłopoty grożą nam tylko wtedy, gdyby Rosjanie zdecydowali się na ograniczenie dostaw do całej UE, w tym przede wszystkim do Niemiec.
Brutalne wstrzymanie dostaw byłoby kijem mocno uderzającym w Rosję. Dlatego Gazprom prowadzi bardziej delikatną walkę z trzecim pakietem energetycznym UE, którego fundamentem jest rozgraniczenie roli dostawcy gazu oraz właściciela sieci przesyłowej. Ma to umożliwić wchodzenie na rynek nowym graczom i zwiększać konkurencyjność. Rosyjski koncern przyjmuje założenie, że poszukiwanie przez naszą część UE alternatywnych źródeł zaopatrzenia w gaz skazane jest na niepowodzenie. Buduje wizerunek niezawodnego dostawcy dla wszystkich, którzy płacą, co ma umocnić jego pozycję w rozgrywce o gazociągi. Generalnie nie mamy zatem racjonalnych powodów do gazowego czarnowidztwa. Ale przypomnienie w tytule znanej intencji (ciut zmodyfikowanej) nie zawadzi.