Do wyborów samorządowych tylko cztery dni — i całe szczęście, że już tak mało. Z punktu widzenia partyjnych wodzów walczących o Polskę głosowanie 16 listopada zmieni niewiele, co najwyżej nowe koalicje przejmą stery kilku województw. Na poziomie powiatów i gmin kategoria „kto wygrał w samorządzie w całym kraju” w ogóle nie istnieje. Mimo to w ostatnich dniach kontekst wyborczy stawał się już nieznośny i paraliżował w Polsce możliwość porozumienia nawet w wątkach, w których właściwie nie ma politycznych różnic.

Akademickim przykładem jest kwestia ochrony lasów państwowych. Sejm wykonał kolejny krok w procedurze niewielkiej nowelizacji Konstytucji RP, która postawi kropkę nad „i”, zakazując przekształcania własnościowego lasów zarządzanych przez państwo, z wyjątkiem uzasadnionego celu publicznego. Taką zmianę popierają wszystkie kluby oprócz PiS i SP. Pat wynika z okoliczności, że zjednoczona prawica trzyma w ręku pakiet blokujący konstytucyjną zmianę i ma z tego powodu ogromną satysfakcję.
Spór ociera się o śmieszność, albowiem opozycja merytorycznie jest… jak najbardziej za umocnieniem ochrony lasów! Chodzi wyłącznie o metodę oraz o punkty u elektoratu. PiS forsuje pomysł leśnego referendum — formalnie to projekt obywatelski — do którego doczepione zostałoby pytanie o ochronę ziemi. Paradoks polega na tym, że nawet gdyby referendum się odbyło i przyniosło miażdżący wynik 99:1 (w kwestii lasów całkiem realny), to społeczny werdykt i tak musiałby zostać przełożony na akt prawny. A nie ma przecież zapisu mocniejszego niż konstytucyjny. Pozostańmy zatem przy nadziei, że rozsądna leśna nowelizacja jednak przejdzie, oczywiście po paraliżujących wszelkie propaństwowe myślenie wyborach. Następne, prezydenta RP, czekają nas dopiero w maju 2015 r.