Niedomówienia wywołują spory

opublikowano: 28-08-2013, 00:00

Pikieta zdyscyplinowanych służb mundurowych przed Sejmem przebiegała wczoraj bez większych incydentów, ale pod tym względem nie powinna być traktowana jako próbka masowego najazdu związkowców na stolicę za dwa tygodnie.

Merytorycznie była jednak jak najbardziej podobna. Kilkuset demonstrantów zdalnie kibicowało tzw. wysłuchaniu publicznemu projektu ustawy, zrównującego system zasiłków chorobowych funkcjonariuszy z przepisami obejmującymi ogół pracowników. Chodzi o obniżenie z dotychczasowych 100 do 80 proc. wymiaru zasiłku, oczywiście z wyjątkiem sytuacji, gdy uszczerbek na zdrowiu ma związek ze służbą. Mundurowi związkowcy rzecz jasna wnieśli o posłanie rządowego projektu do kosza.

Przyczyna gwałtownego szukania przez MSW oszczędności jest oczywista. Powszechną tajemnicą, najlepiej znaną w szeregach samych służb mundurowych, jest proceder masowego nadużywania zwolnień lekarskich. To plaga także w cywilnych stosunkach pracy, ale w jakimś stopniu ograniczana obniżeniem wynagrodzenia za okres choroby. Przy płatności stuprocentowej nie ma żadnych hamulców. Zwłaszcza w policji nierzadkie są przypadki poświęcania zwolnień na wyjazdy rekreacyjne, a także podejmowanie prywatnych zleceń ochroniarskich. Związkowcy odsłaniają jednak drugą stronę medalu — że funkcjonariusze znajdują się w gorszej sytuacji płacowej od… cywilnych pracowników komend, ponieważ nie przysługują im dodatki za nadgodziny, służbę w nocy i w dni świąteczne. W związku z tym lewe zwolnienia traktują jako swoiste wyrównanie rozliczeń z państwem. Na logikę nowelizacja ustawy powinna zatem uporządkować oba problemy. Niestety, niewygodnej i kosztownej drugiej strony sporu rząd na razie w ogóle nie tyka.

Nasycona gwizdami i wyciem syren pikieta przywołała nośny ostatnio temat komunikacji władzy ze społeczeństwem. Mundurowi związkowcy eksponowali portret Donalda Tuska z napisem „Czy te oczy mogły kłamać?”, uzupełniony hasłem „Chronimy wasze tyłki, to fakt, ale nie liczcie, że będziemy je lizać”. Chodziło im o pamiętny list premiera z czerwca 2010 r., z zapewnieniem, że „warunki przechodzenia na emeryturę, związane z tym odprawy i wysokość świadczeń dla zatrudnionych już żołnierzy, policjantów czy funkcjonariuszy innych służb mundurowych nie ulegną zmianie”. W zamyśle nadawcy termin „świadczenia” odnosił się rzecz jasna tylko do obszaru emerytalno-rentowego. Ogół adresatów odczytał to samo słowo jako gwarancję utrzymania również pełnopłatnych zwolnień lekarskich.

Mundurówka nie miała podstawy do takiego odczytu, to jej subiektywna nadinterpretacja. Ale niedomówienie stało się kolejną wpadką szefa rządu w obszarze public relations. Nauczył się, że na przykład z dziennikarzami może sobie tak pogrywać, wielokrotnie uciekając od precyzyjnych odpowiedzi na pytania. Choćby ostatnio nie zdobył się na niepozostawiający wątpliwości komunikat, że „minister Jacek Rostowski nie odejdzie”, a zamiast takiego konkretu poszedł okrężną drogą, iż nie będzie komentował plotek. Cóż, media nie przyjdą pod Sejm z syrenami, ale inne grupy zawodowe żądają jednak precyzji i nie dają się tak zwekslować…

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: JACEK ZALEWSKI

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu