Nie tylko wysyłamy za Odrę swoje towary, ale także zakładamy tam firmy. Bo z wypromowaną na Zachodzie marką łatwiej wyruszyć w świat.
Ambasada RP w Berlinie szacuje, że w Niemczech może być nawet 20 tys. polskich firm. Zainwestowały tam już około 500 mln euro.
— To liczba zbliżona do liczby niemieckich inwestycji w Polsce. Tyle że niemieccy inwestorzy to zazwyczaj koncerny, a polską przedsiębiorczość za granicą zdominowały firmy jednoosobowe lub małe i średnie — podkreśla Lars Bosse, dyrektor Polsko-Niemieckiej Izby Przemysłowo-Handlowej.
80 proc. polskich firm w Niemczech to przedsiębiorstwa usługowe, głównie budowlane. Ale na tym wymagającym rynku coraz lepiej zaczynają sobie poczynać również przedstawiciele innych branż.
Brakuje informacji
Polacy najczęściej zaczynają biznes w Niemczech, rejestrując jednoosobową działalność gospodarczą lub otwierając przedstawicielstwa handlowe. Własne sklepy mają tam na przykład Zakłady Odzieżowe Bytom czy Gino Rossi. Dwa tygodnie temu pierwszy sklep w Berlinie otworzył Smyk (sieć sklepów dla dzieci, należąca do Grupy Empik Media & Fashion), rejestrując wcześniej firmę Smyk GmbH. Zakładanie spółki zależnej trwało kilka miesięcy.
— Nie napotkaliśmy większych problemów dotyczących biznesu czy formalności, które są wręcz prostsze niż w Polsce. Brakowało nam za to informacji: co załatwiać w jakim urzędzie, jakie są miejscowe nawyki zakupowe, najlepsze kanały zbytu, metody zatrudnienia. Okazało się na przykład, że w Niemczech przy rekrutacji nie sprawdzają się ogłoszenia prasowe — opowiada Tomasz Paszkowski, wiceprezes Smyka.
Niemiecki rynek, oprócz czeskiego najatrakcyjniejszy dla Polaków — nie jest łatwy. Z jednej strony polski przedsiębiorca ma — zgodnie z unijnymi przepisami — takie same prawa jak niemiecki, na przykład przy ubieganiu się o dotacje czy uczestniczeniu w przetargach. Z drugiej jednak — niemieccy urzędnicy lubią zwlekać z wydawaniem obcokrajowcom potrzebnych dokumentów, a przepisy mogą być dla Polaków niejasne. Dlatego uruchamiając działalność gospodarczą w Niemczech, nasi przedsiębiorcy często korzystają z usług firm doradczych lub miejscowych prawników. Ich usługi kosztują od 80 do 150 euro za godzinę.
Ważna marka
Krzysztof Domarecki, prezes Seleny, producenta chemii budowlanej, przyznaje, że Niemcy to jeden z najtrudniejszych rynków na świecie. Z jednej strony duży i chłonny, ale z drugiej — trudno na nim konkurować, bo Niemcy słyną z przywiązania do własnych marek. Wie, co mówi. Jego firma ma fabryki w Korei Południowej, Brazylii i we Włoszech. W 2000 r. chciała wejść ze swoją marką do Niemiec, ale skończyło się to fiaskiem.
— Wykupiliśmy więc od syndyka małą lokalną firmę Dr. Schenk. Zainwestowaliśmy w technologię i marketing, poszerzyliśmy asortyment. Po półtora roku okazało się, że pod niemiecką marką sprzedajemy dużo więcej i ponad 20 proc. drożej niż pod własną. Teraz produkty Dr. Schenka sprzedajemy też w Rosji, Estonii, na Litwie, Łotwie i Ukrainie. W przyszłości chcemy z nią wejść do Włoch i USA — mówi Krzysztof Domarecki.
Załoga niemiecka
Comarch, dostawca biznesowych rozwiązań IT, zainwestował w Niemczech 9,5 mln euro. Sześć lat temu założył filię we Frankfurcie nad Menem. Powód? Niemiecki rynek oprogramowania jest 16 razy większy niż nasz. Na początku firma koncentrowała się na produktach dla telekomunikacji, działalności konsultingowej i integracyjnej. W 2003 i 2004 r. dostarczała m.in. sprzęt komputerowy i oprogramowanie. Ale nie od razu wszystko szło gładko.
— Mieliśmy na początku sporo problemów organizacyjnych, brakowało nam doświadczenia w zdobywaniu kontraktów za granicą, ale wiedzieliśmy, że jak uzyskamy dobre referencje w Niemczech, to będzie nam później łatwiej na pozostałych rynkach Europy Zachodniej — przyznaje Marcin Strach, prawnik Comarchu.
W zeszłym roku Comarch przeniósł swoją niemiecką spółkę do Drezna, gdzie otworzył nowe centrum kompetencyjne. Zajmuje się ono m.in. badaniami i rozwojem, przygotowywaniem projektów oraz obsługą przed- i posprzedażową. Pracują w nim jednak głównie Niemcy. Także berliński Smyk zatrudnia osoby rekrutowane na miejscu.
— Niestety, jeśli firma zarejestrowana w Niemczech chce zatrudnić pracowników z Polski, musi wpierw załatwić im pozwolenia na pracę, co trwa długo i jest skomplikowane — podkreśla Marcin Chomiuk, prawnik Polsko-Niemieckiej Izby Przemysłowo-Handlowej.
Musimy się też liczyć z tym, że choć opłaca się mieć w Niemczech biuro czy sklep, to produkcja może się okazać za droga. W przypadku Seleny okazało się, że Niemcy były świetnym miejscem do wypromowania marki, ale utrzymywanie tam zakładu produkcyjnego już się nie opłacało. Selena przeniosła więc całą produkcję Dr. Schenka do zakładów w Polsce.