Aleksander Paszyński: Niepewne są statystyczne podstawy optymizmu
PAPIEROWY PRZYROST: Zeszłoroczna hossa wynika z długotrwałości i ostrości bitwy o podatkową ulgę budowlaną — dowodzi Aleksander Paszyński. fot. M. Pstrągowska
Komentarze po opublikowaniu przez GUS informacji o wynikach gospodarki w 1999 r., a w tym o liczbie zbudowanych mieszkań, są — jeśli o ten temat idzie — raczej optymistyczne. W jednej z gazet trafiłem nawet na tytuł „Budujące początki”.
Z CZEGO WYNIKA ten optymizm? Przecież liczba lokali przekazanych do użytku — około 77,4 tys., więc niemal o 4 proc. mniej niż w 1998 r. — takiego nastroju nie uzasadnia. Nadzieje związane są raczej z pnącą się ku górze krzywą ilustrującą mieszkania aktualnie budowane. Rzeczywiście, nastąpił tu wyraźny wzrost — w 1998 r. w budowie znajdowało się 618,8 tys. lokali, natomiast w ubiegłym — już 676,7 tys. Jeszcze szybciej zwiększała się liczba inwestycji rozpoczynanych. W 1998 r. uzyskano pozwolenie na rozpoczęcie budowy prawie 94 tys. mieszkań, w 1999 r. zaś aż 133,6 tys. Gdyby więc zsumować te wszystkie dane, to rezultat jest imponujący: ponad 800 tysięcy!
NIESTETY, w budownictwie mieszkaniowym nie istnieje „czysta” statystyka. Formalnie budowy nawet maleńkich domków jednorodzinnych trwają u nas latami. Jest to skutek walki o przedłużenie okresu korzystania z ulg podatkowych lub „zaczepienia się” o nie. Ilekroć pojawiają się na horyzoncie projekty ich likwidacji bądź ograniczenia, tylekroć rośnie liczba wniosków o wydanie pozwolenia na budowę. Lepiej żyje się także developerom, spółdzielniom mieszkaniowym i wszelkim innym inwestorom. Zeszłoroczna hossa wynika zapewne z długotrwałości i ostrości bitwy o podatkową ulgę budowlaną, której finał nastąpił dopiero pod koniec listopada. Należy podkreślić, że ulga ta (jeśli nie liczyć jej skutków dla budżetu) jest wyraźnie kryminogenna. Masowo korzystają z niej ludzie, których dochody nie uzasadniają możliwości prowadzenia jakiejkolwiek działalności inwestorskiej! Mamy zatem do czynienia z przerzucaniem wydatków przez tych, którzy ulgę już wykorzystali, na tych, którzy tylko marzą o własnym mieszkaniu.
O POMSTĘ do nieba woła jednak inne zjawisko. Mianowicie ogromna jest liczba mieszkań i domów (zwłaszcza jednorodzinnych) od dawna już zamieszkanych, ale formalnie nadal znajdujących się w budowie. Najwięcej takich obiektów — nawet całe ich skupiska — otacza duże miasta, stanowiąc własność ludzi raczej zamożnych. Przyczyna tej patologii jest prosta: ucieczka przed podatkami oraz możliwość obniżenia np. wydatków na energię elektryczną i innych opłat związanych z eksploatacją domu. Trudno założyć, iż gminne władze nie wiedzą o tym procederze, skoro rzeczy nie da się ukryć. Widać mają jakiś cel, by przymykać na to oczy i zmniejszać wymiar podatku od nieruchomości, stanowiącego ważką pozycję lokalnych budżetów.
WALKA o ulgę podatkową i sztuczne przedłużanie czasu budowy sztucznie upiększają cieszące oko dane statystyczne. Podważają też nadzieję, że długo oczekiwany „czas mieszkań” jest już za progiem. Ostrożność przed nadmiernym optymizmem podpowiada także szybko zmieniająca się struktura inwestorów. Mniej budów rozpoczynają spółdzielnie mieszkaniowe, natomiast prawie o dwie trzecie wzrosła aktywność inwestorów indywidualnych: rozpoczęli oni budowę prawie 89 tys. mieszkań i domów jednorodzinnych, a urzędy wydały im ponad 120 tys. nowych pozwoleń na budowę. Przed rokiem (to znaczy w 1998 r.) było to tylko około 86 tys. Nie mam nic przeciwko budującym prywatnie, ale prawdę mówiąc — tylko oni mogą być zainteresowani w „brudzeniu” mieszkaniowej statystyki.
Aleksander Paszyński jest prezesem Korporacji Przedsiębiorstw Budowlanych Uni-Bud, byłym ministrem budownictwa