Podsumowanie konkursu Grand Press 2004 zgromadziło w warszawskim hotelu InterContinental tysiącosobowy tłum.
Wiecznie zabiegane środowisko mediów tylko dwa razy w roku stawia się tak masowo na spotkanie o charakterze towarzyskim — właśnie przy okazji finału Grand Press oraz na Charytatywnym Balu Dziennikarzy w auli Politechniki Warszawskiej. Konkurs branżowego miesięcznika „Press” stał się już instytucją i zdystansował inne tego typu klasyfikacje, w tym wyróżnienia przyznawane przez dziennikarskie stowarzyszenia.
Nagrody Grand Press w siedmiu gatunkach dziennikarskich przyznają dwa składy jurorów: pierwszy dokonuje preselekcji materiałów (w tym roku wpłynęło ich 413, z czego 36 zostało nominowanych), a drugi rozdziela laury (każdy wart 1 tys. USD). Wyboru Dziennikarza Roku (który otrzymuje statuetkę w kształcie stalówki oraz czek na 10 tys. USD) dokonują natomiast zespoły redakcyjne, a „Press” jedynie zlicza głosy.
Andrzej Skworz, redaktor naczelny miesięcznika, uznał rok 2004 za wyjątkowy. Dawno już media tak nie skakały sobie do oczu, a jednocześnie dawno nie było tyle wspólnych akcji rynkowych konkurentów, jednoczących się przede wszystkim w odsłanianiu brudów polskiej rzeczywistości. No i jeszcze jeden aspekt mijającego roku okazał się wyjątkowy — pierwsze i drugie miejsce w konkursie głównym przyznane zostały pośmiertnie...
Dziennikarzem Roku 2004 został zmarły niedawno Marcin Pawłowski (nagrody odebrała jego żona Aleksandra), a na miejscu drugim sklasyfikowano poległego w Iraku Waldemara Milewicza (reprezentował go brat Stanisław).
W kuluarach uroczystości dało się słyszeć pojedyncze głosy, czy te wyróżnienia nie powinny być jakieś inne, honorowe, specjalne. Ale zbiorową wolą 88 głosujących redakcji z całej Polski, obaj Koledzy zostali potraktowani tak, jakby dalej pełnili swe misje. Zapis regulaminu Grand Press jest bardzo precyzyjny: „Nagrodę może otrzymać tylko osoba fizyczna wykonująca zawód dziennikarza”. Tegoroczny werdykt potwierdza, że ten zawód wykonuje się do końca — a nawet dłużej.
