Niewygodny szpagat wicepremiera Hausnera

Kazimierz Krupa
opublikowano: 2005-02-08 00:00

Rezygnację wicepremiera Jerzego Hausnera z członkostwa w SLD można interpretować dwojako. Przyjaciele pana profesora podnoszą fakt, że i tak bardzo długo, być może nawet zbyt długo, firmował swoją twarzą niewyobrażalnie żałosne zaplecze polityczne rządu z koalicji SLD-UP. Niezaprzeczalny jest bowiem fakt, iż to, że osławiony plan Hausnera, który miał uratować polskie finanse publiczne, zapewnić stabilizację i rozwój, jest już tylko stertą bezużytecznego papieru, w dużej mierze jego autor zawdzięcza właśnie swoim kolegom z koalicji rządzącej. Wyjątkowo mało chętnie i aktywnie pracowali oni na wypracowanie dlań poparcia, w kluczowych momentach zawodzili na całej linii.

Wrogowie profesora, w tym byli już koledzy z Sojuszu Lewicy Demokratycznej, twierdzą z kolei, że nie jest to nic innego jak ucieczka szczura z tonącego okrętu. Teraz, kiedy Sojusz zbiera siły, zbiera ciosy od osób, które dzięki niemu robiły karierę — konstatuje ze smutkiem przewodniczący SLD Józef Oleksy. Inni z tego samego grona podnoszą — udowodniając zresztą totalną nieznajomość aparatu pojęciowego — że profesorowi bliżej do postawy liberała, do Platformy Obywatelskiej niż do Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Jeszcze inni przyczyn szukają w chęci uczestniczenia Hausnera w budowaniu nowej lewicy, która będzie montowana wokół prezydenta Kwaśniewskiego.

Jakkolwiek by było, tylko jedno pytanie pozostaje istotne: co z obecnością wicepremiera w rządzie Marka Belki? Co się stanie, jak zrezygnuje? Otóż nic się nie stanie, a być może będzie nawet lepiej. Profesor Hausner doskonale zdaje sobie sprawę, podobnie jak wszyscy myślący ludzie, że z takim zapleczem politycznym jest słaby jak nowo narodzone dziecię, a jego zdolności do przeprowadzenia przez parlament ustaw realizujących plan Hausnera są zbliżone do zera. Jak nie udało się normalnie, to jak ma mu się powieść w roku wyborczym, kiedy każdy polityk ma usta pełne populizmu?

Czy więc zostanie w rządzie, czy z niego wyjdzie (konsekwencja jednak wymagałaby rezygnacji), niewiele to zmieni, bo — podobnie jak cały rząd — niewiele może zrobić. Może trwać. Może więc właśnie wicepremier wskaże przepis na wybory w czerwcu. Gdyby zrezygnował, i w ten sposób cały rząd, zgodnie z zapowiedzią premiera Belki sprzed roku, sam się „rozmontował”, to leżąca w gruzach koalicja SLD-UP, nawet wzmocniona planktonem sejmowym, nowego nie wybierze. I niemożliwe czerwcowe wybory staną się konieczne.