Nikt nie chce pokryć kosztów

JACEK ZALEWSKI
opublikowano: 26-10-2011, 00:00

UNIA EUROPEJSKA

Tytuł mojego komentarza poniedziałkowego „Szczytów ci u nas dostatek” okazał się proroczy. Zwołana przez Hermana Van Rompuya na dzisiaj do Brukseli kolejna antykryzysowa zbiórka wcale nie będzie ostatnia. Planowo miała przebiegać znowu w podwójnej formule — najpierw Rada Europejska w obsadzie 27 unijnych państw, a później posiedzenie tylko 17 członków Eurogrupy. Sam przewodniczący zdegradował jednak szczyt do roli nieformalnego spotkania szefów państw i rządów. Dla statystycznego obywatela Unii Europejskiej, widzącego w telewizyjnych migawkach te same sztucznie uśmiechnięte twarze, to absolutnie wszystko jedno, ale dla znawców brukselskiej machiny decyzyjnej — różnica ogromna. Obniżenie statusu oznacza po prostu, że nie zostało wynegocjowane porozumienie dotyczące kosztów akcji ratunkowej.

W szczególności Niemcy kategorycznie odmawiają, aby w konkluzjach znalazł się zapis o dalszym skupowaniu przez Europejski Bank Centralny obligacji na rynku wtórnym. Podatnicy niemieccy nie wytrzymują już nerwowo ponoszenia kosztów rozrzutności greckiej, włoskiej czy hiszpańskiej. Poza tym okoliczność, że siedziba banku znajduje się we Frankfurcie nad Menem — w rozumieniu kolejnych kanclerzy Niemiec — zobowiązuje ich do rozpinania politycznego parasola ochronnego nad jego niezależnością. I trzeba przyznać, że do tej pory lokalizacja frankfurcka okazuje się dla wspólnej waluty znacznie korzystniejsza, niż gdyby główna siedziba banku wyrosła np. w europejskiej dzielnicy Strasburga, czyli w finansowo-politycznej kulturze francuskiej...

Skoro nie było sygnału z samej góry, nie miała sensu poprzedzająca szczyt szefów państw i rządów poranna zbiórka ministrów finansów. Jacek Rostowski w imieniu polskiej prezydencji odwołał Radę ds. Gospodarczych i Finansowych (Ecofin), a w ślad za nim podobnie postąpił luksemburski premier Jean-Claude Juncker, któremu w Eurogrupie ostało się kierowanie jedynie szefami resortów finansów. W spokojniejszej atmosferze ministrowie — z tym, że na ogół spraw zagranicznych — zbierają się przed unijnymi szczytami nawet wtedy, gdy na stole pozostają jakieś tematy sporne. Jeśli przygotowawcze spotkanie w ogóle nie dochodzi do skutku — rozbieżności okazują się zbyt głębokie.

Rada Europejska wielokrotnie już stawała przed decyzyjną ścianą i obradowała nawet do białego rana. Przed trudnymi szczytami politycy pakowali do bagażu dodatkowe koszule i garnitury. Pamiętam z Brukseli czerwcową noc z roku 2007, gdy dopiero o czwartej rano wynegocjowany został traktat podpisany później w Lizbonie. Ale tamte sytuacje dotyczyły przede wszystkim sfery politycznej, ich bezpośrednie przełożenie na rynki było pewną abstrakcją. Tym razem unijna klasa polityczna bodaj pierwszy raz czuje tak bezpośrednio przytłaczający ciężar już nawet nie miliardów, lecz bilionów euro. Co do tego, że za kryzys trzeba zapłacić, żeby w ogóle uratować Eurogrupę, a może i całą Unię — wszyscy są zgodni. Spór idzie tylko o drobiazg: kto ma to zrobić.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: JACEK ZALEWSKI

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu