Idzie o pieniądze. Duże i pożyczone. Trzech bohaterów: pożyczkobiorca Invest (dawniej Carcade Invest), Bank Pekao SA i windykator spółka DKM nawzajem oskarżają się o działalność przestępczą. Trzy prokuratury badają kto, komu i co.
7 czerwca przed Sądem Okręgowym w Warszawie dojdzie do ważnej rozprawy. Powód: Pekao SA. Pozwani: Invest i DKM. Całkowita wartość sporu: ponad 8 mln zł. Bank chce uzyskać nakaz zapłaty. Ale to nie będzie koniec długiej i splątanej sprawy. Kiedy się ona zaczęła?
Na początku był sukces
Od połowy lat 90. Invest (jeszcze jako Carcade Invest) pozostawał jednym z liderów branży leasingowej w Polsce. Dawny główny dealer samochodów Renault tylko w latach 1999-2000 przekazał w leasing pojazdy za 372 mln zł! Ale zajmował się nie tylko samochodami: umowy dotyczyły też nieruchomości, maszyn i urządzeń.
W rekordowym 1999 r. (przychody — 255 mln zł) zgarnął prawie 11 mln zł czystego zysku! Właściciele firmy w ofertach inwestorów mogli przebierać jak w ulęgałkach. Wokół spółki kręcili się m.in. Europejski Fundusz Leasingowy, AIG oraz fundusze Innova/98. Ale zamiast bogatego wspólnika w firmie pojawiły się kłopoty.
Przypomnijmy: w 2001 r. rynek leasingowy się załamał. Efektem zamieszania i niepokoju po upadłości gdańskiej spółki BG Leasing było zaliczenie branży leasingowej do grup o podwyższonym ryzyku i zaostrzenie przez banki polityki kredytowej. Problemy pogłębiła stagnacja gospodarcza i inna afera, tym razem związana z „niedokończoną“ upadłością Centrum Leasingu i Finansów (CLiF).
Carcade — podobnie jak inne spółki niepowiązane właścicielsko z bankami — utraciła dostęp do kredytów: głównego źródła finansowania umów leasingowych. Po kolei likwidowała oddziały regionalne i drastycznie ograniczała działalność. W 2001 r. odnotowała rekordową stratę netto: prawie 83 mln zł!
Banki obsługujące Invest (firma zmieniła nazwę w styczniu 2002 r.) wymusiły na stołecznej firmie porozumienie: jej klienci zaczęli wpłacać raty leasingowe bezpośrednio na konta instytucji finansowych. Wśród leasingobiorców zawrzało: podobnie rok wcześniej zaczynała się katastrofa CLiF! Zarząd Investu uspokajająco tłumaczył w mediach, że to standardowa operacja: nie ma powodów do zaniepokojenia.
Chcemy spłaty!
Największe pieniądze warszawska firma pożyczała w Pekao SA (w czasie prosperity było to — jednorazowo — nawet niemal 100 mln zł!). W sierpniu 2002 r. bank wezwał Invest do spłaty zadłużenia, które wtedy przekraczało 12,4 mln zł.
— Przedstawiliśmy Pekao SA korzystną propozycję restrukturyzacji zadłużenia. Zakładała m.in. znaczące wzmocnienie zabezpieczeń. Ale oferta została odrzucona... I bank poinformował nas, że sprzeda wierzytelność firmie DKM z Wrocławia. Usłyszeliśmy ultimatum: albo zaakceptujemy wybór DKM, albo Pekao SA rozpocznie windykację, co mogłoby doprowadzić do upadłości naszej firmy — wyjaśnia Zdzisław Szymczak, prezes Investu.
— Wielokrotnie staraliśmy się doprowadzić do kompromisu. Investowi zależało jednak tylko na umorzeniu znacznej części zadłużenia. Nie przyjął żadnej z naszych propozycji restrukturyzacji długu. Ostatecznie przychyliliśmy się do wniosku stołecznej spółki, by do windykacji portfela leasingowego znaleźć firmę zewnętrzną. Rozmowy z DKM rozpoczęły się w obecności przedstawicieli Investu i z ich aktywnym udziałem — przekonuje z kolei Robert Moreń, rzecznik Pekao SA.
Przyjęte w końcu rozwiązanie miało wyglądać tak: Invest przekazuje DKM majątek, stanowiący zabezpieczenie kredytów (czyli umowy leasingowe, roszczenia sądowe etc.), a DKM zobowiązuje się do zarządzania portfelem leasingowym ponad tysiąca klientów, prowadzenia windykacji i spłaty prawie 8,5 mln zł zadłużenia do banku. Przy tym Invest miał zabezpieczyć tę spłatę. Odpowiednie umowy trzy spółki podpisały 13 grudnia 2002 r.
Sprawdziliśmy ich po niewczasie
— Byliśmy zaskoczeni, ale bank zapewniał nas kilkakrotnie o wiarygodności DKM... I dlatego, zmuszeni okolicznościami, podpisaliśmy weksel, zabezpieczający spłatę tej wierzytelności. Później sprawdziliśmy wrocławską spółkę i okazało się, że jej właściciele nie opłacili kapitału zakładowego, była ona zadłużona, a jej prezes i współwłaściciel miał na karku kilka postępowań karnych — opowiada Zdzisław Szymczak.
Zdaniem władz Investu, Pekao SA nie dopełniło — ciążącego na banku — obowiązku weryfikacji wiarygodności kontrahenta z Wrocławia.
— Uzyskaliśmy informację o współpracy DKM w windykacji z trzema bankami. Podjęliśmy też inne działania sprawdzające — odpowiada Robert Moreń.
— Wszystkie dokumenty, potwierdzające naszą wiarygodność i dobrą kondycję finansową, przekazaliśmy bankowi w terminie wynikającym z umowy — potwierdza Andrzej Bartoch, prezes i współwłaściciel DKM.
Jak twierdzi — spółka nie miała i nie ma problemów z regulowaniem zobowiązań, a jej kapitał zakładowy — 500 tys. zł — opłacono w całości. Kontrowersje zaś mają wynikać z faktu, że części wpłaty (300 tys. zł) sąd nie odnotował w aktach rejestrowych.
Prezes Bartoch jest nie tylko szefem i jednym z trzech akcjonariuszy DKM, ale i właścicielem dwóch innych wrocławskich firm: Przedsiębiorstwa Handlowo-Usługowego Abakus i firmy Alter-Nieruchomości. Jak ustaliliśmy, jego nazwisko jest znane prokuraturze i policji wrocławskiej.
Z naszych informacji wynika, że w 1999 r. Prokuratura Okręgowa we Wrocławiu zakończyła śledztwo, w którym szefowi DKM zarzucono popełnienie przestępstw z art. 270 i 286 kodeksu karnego — czyli podrobienie dokumentów i niekorzystne rozporządzenie mieniem.
V Wydział Karny Sądu Rejonowego Wrocław-Śródmieście cały czas rozpatruje ten przypadek — organa ścigania zarzucają prezesowi DKM zaciąganie kredytów leasingowych z powziętym z góry zamiarem ich niespłacenia. W tym samym wydziale toczy się i inna sprawa, w której na ławie oskarżonych zasiada Andrzej Bartoch. Chodzi m.in. o wyłudzenie kredytu, a szefowi DKM grozi do 10 lat więzienia. To nie wszystko... Przeciwko niemu toczyło się też (lub toczy) kilka prokuratorskich i skarbowych postępowań karnych, dotyczących podrobienia faktur, wyłudzenia pieniędzy czy opóźniania kontroli organów skarbowych.
— Jeśli chodzi o postępowania sądowe, które się toczą, to dopóki nie zapadnie wyrok, jestem niewinny. A jeśli w którymś z nich zostanę skazany — będzie to jakieś kuriozum! Dla przykładu powiem, że w jednej sprawie jestem oskarżony o wyłudzenie kredytu, którego byłem jedynie poręczycielem! — mówi Andrzej Bartoch.
Jak to możliwe, że Pekao SA zdecydował się na współpracę z firmą, której prezesa tylekroć brały pod lupę organa ścigania, a zarzuty wobec niego dotyczą m.in. nieprawidłowości przy obsłudze umów leasingowych? Nasze źródła wskazują, że centrala banku wręcz polecała oddziałom regionalnym współpracę z DKM w windykacji trudnych kredytów... Na to pytanie nie uzyskaliśmy, niestety, odpowiedzi banku ...
Andrzej Bartoch nie pozostawia wątpliwości: ktoś na mnie postawił, bo jestem skuteczny. Według zapewnień szefa DKM, jego spółka już wcześniej pomogła departamentowi kredytów trudnych Pekao SA w odzyskaniu „kilkudziesięciu milionów złotych od dużej spółki zagranicznej”.
Tym razem jednak wybór banku — pod koniec 2002 r. — nie doprowadził do odzyskania należności: DKM nie spłacił zdecydowanej większości z ponad 8 mln zł (wedle prezesa Bartocha bank odzyskał 2,5 mln zł).
— Początkowo wszystko było OK... Invest przekazywał nam należności, wynikające z czynnych umów leasingowych, a my ściągaliśmy je od klientów i przelewaliśmy bezpośrednio na rachunek Pekao SA. Powodzeniem skończyły się też dwie usługi dla Investu: odzyskaliśmy samochód BMW od firmy windykacyjnej z Jeleniej Góry (użytkuje go wiceprezes Investu), sprowadziliśmy też kilka samochodów ciężarowych ze Szczecina (Invest do dziś nie zapłacił). Równie skutecznie ściągaliśmy należności od klientów. I to chyba właśnie sprawiło, że władze Investu wstrzymały przekazywanie nam pozostałego majątku, wynikającego z porozumienia (głównie umowy nieregularne i roszczenia sądowe). Uznały, że same mogą na tym zarobić! — twierdzi Andrzej Bartoch. I ciągnie:
— Postawa Investu jest ciekawa także dlatego, że niektóre z nieprzekazanych nam umów leasingu luksusowych samochodów dotyczą rodzin i znajomych członków zarządu tej spółki. Przy naszej skuteczności te osoby wreszcie musiałyby zacząć spłacać raty leasingowe!
Według niego Invest przekazał DKM majątek, wart zaledwie 6 mln zł, podczas gdy umowa dotyczyła blisko 50 mln zł.
— Gdyby Invest wywiązał się z umowy, nie byłoby żadnego problemu. Bank dostałby należną kwotę, a my mielibyśmy znaczne środki na dalsze inwestycje w leasing — przekonuje.
Zrobiliśmy, co należy
Zupełnie inny obraz odmalowują przedstawiciele Investu. Ich zdaniem DKM nie dokonał na ich rzecz żadnej skutecznej windykacji.
— Wypełniliśmy postanowienia umowy i przekazaliśmy DKM majątek — równowartość zadłużenia w Pekao SA. DKM nie wywiązał się jednak ze swoich zobowiązań wobec banku i nie spłacił zadłużenia, które przejął. W efekcie teraz grozi nam, że będziemy musieli drugi raz spłacić tą samą wierzytelność! — nie kryje oburzenia Zdzisław Szymczak.
Chodzi o to, że bank — gdy nie udało się mu doprowadzić do porozumienia pomiędzy DKM a Investem, a wszystkie pisma, żądające od obu spółek spłaty długu pozostały bez satysfakcjonującej go odpowiedzi — zdecydował się dochodzić swej wierzytelności na drodze sądowej. I od DKM i osobiście członków jego zarządu, no i od Investu...
7 czerwca ważna rozprawa przed Sądem Okręgowym w Warszawie.
— Czekamy, aż sąd wyda nakaz zapłaty na rzecz Pekao SA. Wtedy wskazana przez nas spółka wykupi tę wierzytelność i dokona skutecznej egzekucji z majątku Investu — spodziewa się Andrzej Bartoch.
Władze Investu przekonują zaś, że po tym, jak we wrześniu 2003 r. odstąpiły od umowy z DKM, wrocławska spółka jest ich dłużnikiem.
— Jeśli pan Bartoch zrobi to, co zapowiada, rozważymy rozszerzenie kręgu osób, przeciwko którym złożyliśmy zawiadomienie do prokuratury — planuje Zdzisław Szymczak.
O zaciętości walki najlepiej świadczy fakt, że — według naszych informacji — wszystkie trzy strony nawzajem oskarżają się o działalność przestępczą i złożyły w tej sprawie zawiadomienia do prokuratury. Nad tą skomplikowaną historią pochylili się już śledczy z dwóch prokuratur rejonowych z Warszawy (jedna sprawa: doniesienie Pekao SA na władze Investu zakończyła się umorzeniem) i prokuratury apelacyjnej z Katowic.
Starają się uchwycić nitkę, a właściwie: nitki, by dojść do kłębka.
