Gotowy wniosek rozesłali do przewodniczących parlamentów wielu państw Mike Johnson, republikański spiker amerykańskiej Izby Reprezentantów, oraz Amir Ochanna, przewodniczący izraelskiego Knesetu z partii Likud. Działali pod wielką presją czasu, albowiem działający od 1897 r. Norweski Komitet Noblowski zgłoszenia na bieżący rok przyjmował tylko do 31 stycznia, czyli do soboty. Na razie trudno powiedzieć, czy ktokolwiek ze spikerów/marszałków, zwłaszcza z Europy, dołączył się i podpisał narzuconego gotowca, ale będą to absolutne wyjątki i obaj inicjatorzy nie stworzą parlamentarnego frontu poparcia. Zmodyfikowany przez Oslo w 2018 r. regulamin obejmuje szeroką listę uprawnionych do zgłaszania, znajdują się na niej przywódcy państw, członkowie rządów i zgromadzeń narodowych suwerennych państw. Notabene obaj inicjatorzy zainteresowali swoich odpowiedników w pierwszych lub jedynych izbach parlamentarnych, dlatego u nas tylko marszałka Sejmu z pominięciem Senatu.
Regulamin Pokojowej Nagrody Nobla wyklucza osobiste zgłaszanie się kandydatów. Donald Trump medialnie zrobił to wielokrotnie, zaś po niepowodzeniu w 2025 r. skierował ostre słowa krytyki nie tylko pod adresem komitetu nagrody, lecz generalnie rządu Norwegii i całego niewdzięcznego świata. Tegoroczne drugie podejście do Nobla realizuje w swoim stylu – niczym zmasowane uderzenie armady na niewielki pokojowy medal. Chwalebnym finałem tego natarcia ma być szczyt G20 w jego golfowym ośrodku Trump National Doral Miami. Zbiórki szefów państw i rządów grupy potentatów odbywają się zwykle jesienią, a najczęściej w listopadzie. Standardowo 1 grudnia kolejne państwo przejmuje roczną prezydencję. Donald Trump już naruszył ten harmonogram, wyznaczając szczyt na 14-15 grudnia, a tym samym przejmując dodatkowy miesiąc kierowania G20. Zrównanie okresu przewodzenia grupie z rokiem kalendarzowym teoretycznie jest nawet logiczne, ale powód wyznaczenia nietypowego terminu jest całkiem prywatny. Oto gospodarz szczytu chce 10 grudnia odebrać w Oslo złoty medal Pokojowej Nagrody Nobla! Zaprezentowanie tego trofeum trzy dni później wobec G20 byłoby aktem rzucenia całej globalnej wierchuszki na kolana wynoszącym narcyzm Donalda Trumpa pod niebiosa. Przypomnę, że w grudniu 2025 r. Gianni Infantino, prezes FIFA, połechtał jego próżność wręczeniem mu jakiegoś złotego cielca. Notabene zausznicy prezydenta z Białego Domu postulowali, by ów prezent miał wielkość… piłkarskiego Pucharu Świata dla mistrzowskiej drużyny, ale aż taka zachcianka była dla FIFA nie do przyjęcia. Porównywalnie żenujące było w styczniu przekazanie Donaldowi Trumpowi noblowskiego medalu przez Maríę Corinę Machado, która tym zdumiewającym gestem chciała uzyskać akceptację gospodarza Białego Domu dla jej osoby na stanowisku prezydenta Wenezueli po przyszłych wolnych wyborach.
Decyzja Włodzimierza Czarzastego była jak najbardziej zrozumiała, chociaż argumentacją trochę zaskoczył. Nie ograniczył się do zwykłej informacji, lecz wyjątkowo ostro przejechał się po dorobku prezydentury Donalda Trumpa. Oznajmił przy tym, że nie obawia się pogorszenia stosunków polsko-amerykańskich. Stwierdził, że niestety gospodarz Białego Domu jest współodpowiedzialny – oczywiście nie wyłącznie, ale również – za fatalne dla świata odchodzenie w przeszłość ładu opartego na prawie międzynarodowym oraz zastępowanie go przez siłę. Powtórzył tezę popularną podczas 56. Światowego Forum Ekonomicznego w Davos postawioną przez kanadyjskiego premiera Marka Carneya, że gdy supermocarstwa próbują dzielić świat na podległe im strefy wpływów, to pozostałe państwa muszą zewrzeć szeregi. Według Włodzimierza Czarzastego szczególną rolę ma koncepcja sojuszu państw w ramach Unii Europejskiej, wyraźnie na dalszym planie umieścił Organizację Traktatu Północnoatlantyckiego. Przy okazji określił bardzo słusznie jako złudne budowanie przez Donalda Trumpa tzw. Rady Pokoju i prowadzenie szkodliwej polityki transakcyjnej. Polska powinna wzmacniać UE, ONZ, Światową Organizację Zdrowia oraz oczywiście – siebie.

