Nocleg w zadymionym kraterze

Karolina Guzińska
20-02-2004, 00:00

Z Riobamby jedzie się, za 20 USD, ciężarówką lub wynajętym jeepem do schroniska Whymper na zboczu Chim-borazo. Na 4800 m! Tyle samo ma szczyt Mont Blanc, ale tam nie wjeżdża się taksówką...

Nie ma miejsca na ziemi, gdzie dostęp do sześciotysięczników byłby łatwiejszy niż w Ekwadorze. W tydzień da się ich zdobyć 2-3. Szybko się wchodzi i równie prędko schodzi, by odpocząć przed kolejną wyprawą — twierdzi Robert Rozmus, prezes stowarzyszenia Annapurna Klub.

Nocleg w schronisku Whymper kosztuje około 8 USD. Przydaje się własny śpiwór i karimata. Najłatwiejsza z dróg na szczyt Chimborazo — zwana klasyczną — to śnieżne zbocze o nachyleniu 40 stopni. Dość bezpieczne, choć trzeba uważać na oblodzenie i szczeliny. Wstaje się o północy, by koło godziny 1 wyruszyć (dzień przynosi załamanie pogody). Po mniej więcej 9 godzinach dociera się na szczyt wulkanu. Na zejście do schroniska trzeba liczyć 3-4 godziny.

— Podczas wędrówki jest bardzo zimno: -10, -15 stopni. I mgły. By nie pobłądzić, rozstawia się tyczki orientacyjne. Im bliżej wierzchołka, tym cieplej: z krateru wydobywają się gazy wulkaniczne. Zmniejszają i tak niewielką zawartość tlenu w atmosferze — nikogo nie omija osłabienie, zdarzają się bóle głowy i wymioty. Stąd potrzeba wcześniejszej aklimatyzacji — zwraca uwagę Robert Rozmus.

Opary Ziemi

Słowo „Ekwador” znaczy równik. Sześciotysięczne szczyty górują tu nad lasami tropikalnymi, a wyspy Galapagos na Pacyfiku przyciągają unikatową przyrodą. W kraju wielkości połowy Polski można znaleźć nie tylko amazońską dżunglę i ocean, ale także skarby inkaskiej cywilizacji i 30 potężnych wulkanów. „Góry ognia” ciągną się głównie przez środkową część kraju (tzw. Andy Ekwadorskie). Najbardziej znane to Cotopaxi (5897 m) i Antisana (5790 m) — czynne i jedne z najbardziej aktywnych na świecie, oraz wygasłe: Chimborazo (6310 m) i Cayambe (5790 m). W 1802 r. niemiecki odkrywca — Aleksander von Humboldt — nazwał tę część Andów Aleją Wulkanów. Przyciąga ona podróżników z całego świata. Szczególnie Cotopaxi — najwyższy czynny wulkan świata oraz Chimborazo — najwyższy szczyt Ekwadoru.

— Zamglone, zasnute oparami wulkany, dostarczają innych przeżyć estetycznych niż zdobywanie zwykłych gór. Zamiast skalistego czy kopulastego szczytu jest krater. Wielka dziura otoczona skałami. Z niej wydobywają się gazy, smród siarkowodoru, gryzący dym... — opowiada Piotr Krążewski, informatyk, który kilka lat temu zorganizował wyprawę na Cotopaxi i Chimborazo.

Co sprawia, że ludzie wspinają się na wulkany?

— Poza względami estetycznymi — smak ryzyka. Zawsze jest groźba wybuchu — w środku coś się gotuje, czasem wypływa lawa... No i wyzwania alpinistyczne — to przecież wysokie góry, powyżej 4 tys. metrów, pokryte lodowcem. A on cały czas pracuje. Trzeba wiedzieć, jak się po nim poruszać — wyjaśnia Sławomir Kamzol, nauczyciel informatyki, jeden z członków wyprawy Piotra Krążewskiego.

Według Roberta Rozmusa, rodzi się moda na kolekcjonowanie „korony wulkanów” — na wzór „korony Ziemi” czy „korony Europy”. Spełnienie marzeń o zaliczeniu dwóch wulkanów Ekwadoru kosztuje jakieś 6 tys. zł (wyjazd z agencją podróżniczą, wejście na Cotopaxi i Chimborazo). Ale pełen portfel to nie jedyne wymaganie organizatorów tego typu wypraw.

— Różnica temperatur między dniem a nocą sprawia, że w lodowcu tworzą się szczeliny, mosty śnieżne, jaskinie, seraki (śnieżne słupy)... Ludzie idą powiązani liną, ze sprzętem do wspinaczki lodowej — potrzebne są raki, czekany, lodowe śruby, uprzęże... I doświadczenie co najmniej alpejskie — jeśli pójdzie ktoś, dla kogo chodzenie w rakach to nowość, istnieje ryzyko, że gdy się poślizgnie, pociągnie za sobą innych... — przypomina Robert Rozmus.

Dzikie konie i wilki

Piotr Krążewski i jego koledzy aklimatyzowali się na andyjskim szlaku Kondor Trek (3,5-4,5 tys. m).

— Wkroczyliśmy na płaskowyż zwany paramo. Trawy, trawy, trawy... Towarzyszyły nam chmury, króliki, stada dzikich koników — pędzących i kurzących spod kopyt... Szwendało się trochę lam i baranów. Wokół namiotu kręciły się paramo wolf — jakby krzyżówka wilka z lisem. Niegroźne dla ludzi. Widzieliśmy też byki. Obchodziliśmy je wielkim łukiem — nosiliśmy czerwone, alpinistyczne kurtki i spodnie. Na szczęście nie reagowały na ten kolor... Niestety, nie spotkaliśmy kondorów — ubolewa Piotr Krążewski.

Szli tydzień. Nie było gdzie uzupełnić zapasów. Pasterze — niscy, uśmiechnięci Inkowie w melonikach i barwnych, wełnianych pelerynach — pytani o najbliższą osadę robili gesty podrzynania gardła. Niewesoło... W końcu dotarli do indiańskiej wioski Lloa, skąd w pełnej krasie widać niższy (4794 m), aktywny sejsmicznie wulkan Guagua Pichincha, położony tuż za Quito, stolicą Ekwadoru. Ten szczyt jest głównym celem aklimatyzacyjnych zapraw przed Cotopaxi i Chimborazo.

— Krater Guagua Pichincha ma półtorakilometrową średnicę. Zamierzaliśmy spędzić w nim noc. Ale tonął w chmurach — w tych warunkach zejście na dno 700-metrowym zboczem odstraszało. W 1993 r. — wskutek gwałtownych erupcji — zginęło w kraterze dwóch naukowców... Weszliśmy więc na najwyższy punkt krateru i po 5 minutach wdychania oparów z wnętrza Ziemi popędziliśmy szukać noclegu. Dogodne miejsce znaleźliśmy kilkaset metrów niżej, na zboczu Guagua, wśród pumeksów. Z zachodem słońca temperatura gwałtownie spadła poniżej zera. Mieliśmy jednak ognisko i wspaniały spektakl na horyzoncie: gdzieś daleko nad dżunglą mocno błyskało... — wspomina Piotr Krążewski.

Bez urządzenia do pomiaru stężenia substancji szkodliwych, wycieczka w głąb krateru to samobójstwo.

— Można się zatruć! W dodatku Guagua Pichincha to czynny wulkan. Quito jest miastem, które żyje w zawieszeniu — przekonuje Sławomir Kamzol.

Przewodniki, opisując Guagua Pichincha, ostrzegają turystów także przed rabusiami i... wściekłymi psami.

— Kiedy złapaliśmy „stopa”, na samochód rzucił się wielki pies. Capnął zębami i auto ciągnęło go przez jakiś czas. Wyobrażaliśmy sobie, co by było, gdyby napadł na nas! Schodząc z góry, baliśmy się ponownego spotkania... — wspomina Robert Rozmus.

Stożek idealny

Cotopaxi to niezwykłe miejsce — ma niemal idealny, stożkowy kształt i jest zaliczany do najpiękniejszych gór świata. Kto — na wysokości prawie 6 tys. m — spojrzy w dół, zobaczy wnętrze góry i dymy wydobywające się z głębin Ziemi...

— Dwa razy próbowaliśmy wejść na Cotopaxi. Tak silnie wiało! Ledwo nam się udało za drugim podejściem. Przez ostatnie metry czołgaliśmy się na czworakach... Leżeliśmy na kraterze najwyższego wulkanu świata, trzymając się krawędzi — wspomina Sławomir Kamzol.

Po drodze złapał ich śnieg — przymarzał do wszystkiego i po kilku godzinach nieśli dodatkowe kilogramy lodu. A słońce i śnieg na tej wysokości oślepiały. We znaki dały się oparzenia słoneczne... Przed ostatnim celem — Chimborazo — wypoczywali kilka dni w dolinach. Wyruszyli jak wszyscy. W nocy.

— W świetle księżyca świat poniżej wygląda jak z innej rzeczywistości. O 6 rano horyzont się rozjaśnia. Kilometr niżej widać cienką warstwę chmur, podświetloną przez wschodzące słońce. Taką chwilę przedłużyłoby się w nieskończoność! Wschodu słońca na 6 tys. metrów nie da się opisać... Idąc, zapadaliśmy się miejscami po pas. W końcu jest! 6310 m. Góra zdobyta. Zrzuciliśmy linę i siedzieliśmy przez godzinę w najbardziej oddalonym od środka naszej planety punkcie Ziemi... Tak wysoko, tak pięknie... Przed nami i za nami inne wulkany. A po prawej, pod chmurami, największy na ziemi obszar lasów tropikalnych. Gdzieś po lewej ocean — opisuje Piotr Krążewski.

Aklimatyzacja na szlaku kondora lub Guagua Pichincha. Cotopaxi i Chimborazo zdobyte... Co dalej?

— Ekwador proponuje mnóstwo atrakcji. Można odpocząć na wyspie Isla la Plata, zwanej Małym Galapagos. To rezerwat przyrody, świetne miejsce do nurkowania i oglądania wielorybów — radzi Robert Rozmus.

Poleca również rafting na jednej z lokalnych rzek, wyprawę w dżunglę z indiańskim przewodnikiem czy zwiedzanie Ingapirca (3160 m) — najsłynniejszych budowli inkaskich w Ekwadorze. Poszukiwaczom lokalnego kolorytu spodoba się też Otavalo. Miasteczko, które każdej soboty zmienia się w wielki rynek, pełen indiańskiego rękodzieła.

Będzie co w Polsce wspominać...

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karolina Guzińska

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Nocleg w zadymionym kraterze